Dobre chęci cz. 3

Dobre chęci cz. 1

Dobre chęci cz. 2

III

 

Chyba właśnie przeżywał najlepsze chwile swojego życia. Ulubiona muzyka doświadczana na żywo z piękną dziewczyną u boku wciąż jeszcze powodowała gotowanie się krwi. Tym mocniejsze, że Karolina zdawała się szczerze cieszyć się i doceniać nowe dla niej dźwięki. Widok jej roziskrzonych oczu był najlepszą nagrodą za wszystkie przeżyte stresy i wątpliwości. Jakby tego było mało, teraz wciąż jeszcze rozmawiali o przesłaniu, o melodiach i lirycznym kunszcie Pabla, mimo że od wyjścia z klubu minęły już ponad dwie godziny.

– Chciałabym, żeby ktoś napisał kiedyś dla mnie „Dancingową piosenkę miłosną”. Albo, żeby zapraszał mnie na piknik tak jak w „Kotach”…

– Masz na myśli dosłownie te same piosenki, czy coś w ich duchu?

– Och, mogą być nawet dokładnie te. Są takie piękne…

– Zapamiętaj jedno: nikomu, kto do zdobycia ciebie wykorzystuje cudzą sztukę tak naprawdę na tobie nie zależy. – Poczuł się jak totalny hipokryta biorąc pod uwagę, że właśnie wracali z koncertu, na który zabrał ją dokładnie w tym samym celu, ale miał nadzieję, że Karolina nie zauważy tej drobnej nieścisłości. Poza tym, czuł się trochę usprawiedliwiony faktem, że odkąd ją spotkał, na nowo zaczął tworzyć swoje opowiadania.

– Hm, ciekawe. Muszę zapamiętać.

Rozmowę prowadzili na tym samym stole, na którym w pewnym sensie wszystko się zaczęło. Kiedy odprowadził ją pod wejście do parku, jakoś naturalnie wyszło na to, że żadne z nich nie ma jeszcze ochoty się rozstawać. Kontynuowali więc spacer, na wpół bezwiednie kierując się w to szczególne miejsce. W efekcie siedzieli teraz blisko siebie, tak by w mroku zaskakująco chłodnej nocy odrobinę się ogrzewać wzajemnie i widzieć swoje rozognione twarze. Zbliżali się do siebie, kontynuując rozmowę i tylko głębokimi pojrzeniami w oczy dając znać, że wiedzą, co się dzieje tak naprawdę. W pewnym momencie jedynym naturalnym następnym krokiem mogło być tylko spotkanie ich dłoni, które wręcz odruchowo splątały się, dając poczucie, że w końcu są we właściwym miejscu. Ten moment był jakby przebraniem tamy niepewności i obaw. Tak jak masa wody wylewa się w niepowstrzymanym pędzie z rozprutej zapory, tak ich usta runęły ku sobie, nie zważając na cokolwiek. Zwarli się w pocałunku, garnąc się do siebie jakby ich ciała były wygłodniałe do krańca i jedynie wzajemny dotyk był w stanie zaspokoić łaknienie. Wszystko przestało się liczyć, zamknięci w tej jednej sekundzie chcieli trwać tak na zawsze. W końcu przyszło jednak opamiętanie i oderwali się od siebie, by spojrzeć sobie w oczy wzrokiem pełnym wciąż jeszcze niepewnej radości. To, co ujrzeli rozwiało jednak wszelką wątpliwość. Drugi pocałunek był jeszcze bardziej namiętny.

 

Wydarzenia następnych dni i tygodni były dla Olafa niczym wyjęte wprost z bajki. Karolina była wszystkim, o czym kiedykolwiek marzył. Rozumiała go i pomagała mu przezwyciężyć jego ograniczenia, jednocześnie nie wstydząc się własnych. Z wdzięcznością i radością przyjmowała jego troskę. Potrafili godzinami prowadzić zawzięte dyskusje na przeróżne tematy, konfrontując swoje często różne poglądy. Dawali sobie również motywację by codziennie stawać się dla siebie jeszcze bardziej atrakcyjnymi również fizycznie, co skutkowało notorycznym niewyspaniem w pracy. Co najlepsze, mimo że w szybkim tempie stawali się dla siebie najważniejszymi ludźmi w życiu, to potrafili szanować swoje granice i dawać sobie wzajemnie czas oraz przestrzeń osobistą. Życiowo-związkowy pesymizm Olafa zdawał się ustępować w końcu coraz bardziej optymizmowi solidnie osadzonemu na codziennych doświadczeniach.

 

– Hej słońce, wiedziałeś, że Pablo znów jest w mieście? Może byśmy się wybrali? – Mimo, że minęło już kilka miesięcy, wciąż nie mógł się przyzwyczaić do tego, jak dobrze się czuł, kiedy mówiła do niego per „słońce”.

– Nie wiedziałem, kiedy?

– No w ten piątek?

– Nie mogę, jest kawalerski Michała, pamiętasz?

– Faktycznie. A nie będzie ci przeszkadzało, jeśli pójdę bez ciebie?

– Idź, jasne, że idź.

 

Ten wieczór kawalerski nie był najbardziej wyczekiwanym przez Olafa wydarzeniem ostatniego czasu. Zapraszał jednak kolega z pracy, który dużo mu pomógł w pierwszych miesiącach, więc nie wypadało odmówić. Fakt, że Karolina postanowiła pójść w tym samym czasie na koncert bez niego wcale nie poprawiał sytuacji. Trochę się dziwił, że tak niefrasobliwie do tego podeszła. Wiedziała, że nie miał wielkiej ochoty na tamtą imprezę, wiedziała, że poczucie obowiązku nie pozwoli mu z niej zrezygnować mimo tego, że za każdym razem wybrałby koncert Pabla. Znała go też na tyle, by wiedzieć, że mimo wszystkich racjonalnych argumentów będzie mu trochę przykro, jeśli zdecyduje się pójść sama. To było coś bardzo wspólnego i choć oczywiście Olaf nie zamierzał jej niczego zabraniać, to fakt, że mając świadomość jak to odbierze, Karolina wciąż zdecydowała się pójść, był trochę zaskakujący.

W typowy dla siebie sposób nie mógł przestać tego roztrząsać, nawet będąc już z kolegami i wyglądając jakby świetnie się bawił. W końcu zrobił coś, co było oczywiste od samego początku. Zebrał się wcześniej z imprezy z postanowieniem, że odbierze Karolinę spod klubu i po prostu powie jej o wszystkim. Później zaś zapyta dlaczego tak postanowiła. Dotarł na miejsce akurat w momencie, kiedy tłum wylewał się na chodnik. Przeciskał się przez ciżbę, aż w końcu ją zobaczył. Uśmiechnął się, kiedy ich spojrzenia się spotkały, lecz uśmiech natychmiast stężał na jego twarzy, kiedy zobaczył w jej oczach pełną zaskoczonej złości panikę.

A jej dłoń puściła rękę idącego obok faceta.

Gość przerwał wpół zdania i z zaskoczeniem zapytał:

– Kochanie, co się stało?

– Kochanie? – Jak echo powtórzył Olaf.

– Słońce, kto to jest?

– Słońce?

To, co nastąpiło później, zostało zapamiętane przez Olafa jako seria poszatkowanych scen, o trudnej czasem do ustalenia chronologii.

 

Szedł po chodniku, prawie uciekając przed goniącą go Karoliną.

– Zaczekaj, wyjaśnię ci!

 

W następnej chwili byli już na przystanku, niemal krzycząc na siebie wobec zażenowanych sytuacją ludzi.

– Jak długo to trwało?!

– Od początku.

– Ciągle było nas dwóch?!

– Różnie…

 

Nagle byli już w mieszkaniu, które do niedawna było ich mieszkaniem. Olaf w amoku pakował do torby przypadkowe rzeczy, a Karolina chodziła za nim krok w krok na przemian krzycząc, płacząc, przeklinając i błagając.

– Dlaczego? Dlaczego to robiłaś?!

– Nie wiem! Bo mogłam. Przy tobie czułam się tak dobrze i bezpiecznie, ale równocześnie się nudziłam! Musiałam odreagować!

– Jakoś na dniach przyjdę po resztę rzeczy.

Echo jego kroków niosło się na klatce schodowej jeszcze długo po tym, jak rozpłynął się w ciemności.

 

– Halo? Olaf? Tu Dorota Kuźmiewicz, matka Karoliny. Wiem, że minęło już trochę czasu odkąd się rozstaliście i wiem, że nie zdążyliśmy się poznać, ale pomyślałam, że powinieneś wiedzieć. Krótko po waszym rozstaniu zaciągnęłam ją do psychiatry. Okazało się, że jest dwubiegunowa. Pierwszy raz, kiedy próbowała się zabić była w depresji. Okazało się, że przez cały wasz związek z kolei była w manii. Później znów wpadła w depresję. Znów miała… myśli samobójcze. I dlatego dzwonię. W końcu się jej udało. Pogrzeb będzie w tą sobotę u nas, wiesz gdzie. Pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć. To nie była twoja wina. Przyjedź, jeśli chcesz.

Reklamy

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s