Dobry deszcz

Ten dzień mógł zostać postawiony w Sevres jako wzór ambiwalencji.

Przez większą jego część świeciło piękne słońce. Z drugiej strony jednak, pod wieczór nadciągnęły ciężkie chmury.

Mógł w końcu wydać nieco pieniędzy za sprawą otrzymanej niedawno w pracy premii, jednak nie było ich tyle, ile miał nadzieję.

Ludzie na ulicy uśmiechali się do niego, ale później pytali o fajkę albo drobne na browara.

Dziewczyny wyciągnęły z szaf nieco lżejsze rzeczy, ale chodziły w nich pod rękę ze swymi chłopakami.

To była niedziela, ale jutro miał być poniedziałek.

Miał jeszcze kilka innych podobnych przemyśleń na temat tego dnia, ale nie był pewny, czy można je było jeszcze nazywać ambiwalentnymi, czy już po prostu pesymistycznymi. W związku z tym starał się na nich nie skupiać.

Wracając do swego mieszkania usilnie starał się znaleźć coś, co pomoże mu zakończyć tę niedzielę bardziej optymistycznym akcentem. W końcu stwierdził, że tylko zrobienie tego, co odkładał już od jakiegoś czasu będzie w stanie choć trochę przeważyć szalę w stronę jaśniejszej strony.

Niewiele więc myśląc, wyciągnął wstydliwie schowane w szafie buty do biegania i założył sfatygowaną kurtkę, która służyła mu niemalże od pierwszego razu, kiedy poszedł biegać. Na zewnątrz przywitała go ściana deszczu, który nieuchronnie musiał w końcu spaść ze stalowoszarych obłoków po tym, jak zaanektowały dobrą pogodę. „O, bonus”, pomyślał. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, lubił biegać w deszczu.

Bez znaczenia było, czy się przemoknie, bo i tak pot powodował, że wszystko było mokre. Zazwyczaj strugi wody lejące się z nieba przepędzały większość przechodniów, więc miał cały chodnik dla siebie. Krople spadające na twarz były na swój sposób orzeźwiające. No i znajdował coś energetyzującego w przełamywaniu chęci do schowania się pod dachem, w przekonywaniu się, że to, co zwykle nakłada na człowieka ograniczenia i zamyka go w czterech ścianach, tak na prawdę jest tylko stanem umysłu.

Czując wypełniający go spokój włożył słuchawki do uszu i zaczął biec.

Złote światło ulicznych latarni podświetlało opadające krople, każdą inaczej. Mokre płyty chodnikowe odbijały ów złoty blask żarówek, wyglądając najpiękniej pod nieustannym bombardowaniem. Ostre, białe światło płynące z reflektorów przejeżdżających aut na krótkie chwile odczarowywało pozłacaną scenerię chodników, drzew, barierek i wiat przystankowych. Momenty te na szczęście jednak kończyły się tak szybko jakby były dobre. Dźwięki piosenek w słuchawkach dawały rytm, który był ochoczo wystukiwany przez uderzające o podłoże podeszwy adidasów. Wszystko co złe zostawało w tyle, teraz liczyło się już tylko szaleńcze bicie serca.

Reklamy

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s