Dobre chęci cz. 1

I

– Znacie to uczucie, kiedy wszyscy rozchodzą się do swoich domów, do rodzin, przyjaciół i współlokatorów, a wy zostajecie sami? Albo kiedy kończy się jakaś przygoda, wspólny wyjazd, czy coś podobnego i musicie wrócić do pustych czterech ścian? Czy o was też wszyscy powiedzieliby, że umiecie żartować, że zawsze jesteście pogodni i mili, podczas kiedy czujecie się martwi w środku? Albo może zdarzyło się wam kiedyś uczestniczyć w spotkaniu, na którym były same pary? Byliście jedyną osobą, która przyszła samotnie i wszyscy to zauważyli? Teraz weźcie te wszystkie sytuacje, połączcie te wszystkie samotności w jedną i pomnóżcie razy dziesięć. Tak właśnie czuję się ja w prawie każdym momencie swojego życia. A wiecie co jest najgorsze? Już nawet nie próbuję tego zmienić. Marzę o tym, żeby kogoś poznać, rozmawiać na poważne i głębokie tematy leżąc w łóżku po świetnym seksie, ale za bardzo wstydzę się siebie i swojego życia, żeby choćby spróbować otwarcia się na kogoś. Przeraża mnie myśl o przyznaniu się do mizerii mojego życia i do całego bagażu, jaki ze sobą niosę. Z drugiej strony, każda rozmowa na lżejsze tematy wydaje mi się kłamstwem i marnowaniem czasu. Wiem przecież, że ten uśmiechnięty, czasem nawet dowcipny wizerunek, który prezentuję jest tylko fasadą, za którą kryje się cała horda lęków, kompleksów i demonów. A nie można wywlekać całego bagażu na pierwszej czy drugiej randce i oczekiwać, że będzie następna. Jestem więc w błędnym kole potrzeby relacji i panicznego strachu przed nią. Dlatego wydaje mi się, że instynktownie już się wycofałem i wmówiłem sobie, że przecież nie potrzebuję dziewczyny ani nawet przyjaciół. Relacje międzyludzkie są niebezpieczne. Można zostać zranionym, odrzuconym, ośmieszonym i porzuconym dla kogoś innego. O wiele wygodniej jest przecież schować się za ironiczno-obojętną tarczą i zza niej udawać, że wszystko jest w porządku. Trzeba tylko nauczyć się trzymania emocji zamkniętych jak głęboko się tylko da. No i nie pozwalać sobie na pozostawanie sam na sam ze swymi myślami. Muzyka, audiobooki, podcasty, cokolwiek, byleby zająć umysł. W takiej właśnie sytuacji jestem obecnie. Najgorsze jest to, że mimo świadomości tego, co jest nie tak, nie potrafię niczego zmienić. Sądzę, że to żałosne i tylko pogrążam się we wstydzie bardziej i bardziej. To tyle co mam do powiedzenia.

Ostatniemu zdaniu towarzyszyły niemrawe oklaski i ciche pomruki aprobaty ze strony kilkunastu osób zebranych na sali. Ostre światło jarzeniówek bezwzględnie oświetlało twarze zebranych, które wyglądały teraz równie obojętnie jak wykonane z wosku. Nie interesował się tym jednak.

Miał nadzieję, że po wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego co przed chwilą powiedział, odczuje ulgę czy jakąś satysfakcję, że zebrał się w sobie na tyle, by wyrazić co czuje. W rzeczywistości jednak nie czuł nic poza poirytowaniem i złością, że okazał taką słabość publicznie, że przyznał się do wszystkiego, zamiast nadal sprawiać wrażenie spokojnego i opanowanego. Złość była też powodowana brakiem spodziewanej ulgi. Tak jakby jego umysł, ciało i uczucia postanowiły go zdradzić. No i w sumie reakcja otoczenia też nie była taka, jakiej oczekiwał. Oczywiście, przed chwilą pomyślał, że to w sumie bez różnicy, ale to była dopiero druga myśl na ten temat. Pierwszą było: „dlaczego oni nie reagują?”. Dopiero po spotkaniu się z tą najgorszą z możliwych reakcją grupy – obojętnością – postanowił, że przecież nie ma się czym przejmować. Świadome samookłamywanie miał dobrze opanowane.

Po jego wypowiedzi, wedle tego jak funkcjonowały spotkania tej grupy, powinna nastąpić rozmowa pomiędzy słuchaczami. Ludzie powinni dzielić się swoimi wrażeniami, przemyśleniami i podobnymi doświadczeniami. Miał się poczuć zauważony i doceniony. W reakcjach innych na siebie miał odnaleźć wskazówki co do własnego przeżywania swych problemów. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Członkowie grupy niemrawo dukali po kilka zdań pełnych banałów, byle tylko uspokoić swoje sumienie. Nikt nawet się nie starał. Po kilku krępujących minutach, prowadzący postanowił przerwać te męczarnie i zaprosił do wystąpienia kolejną osobę. Wszyscy obecni z wyraźną ulgą przyjęli tę decyzję. Z o wiele większą też uwagą poczęli słuchać wynurzeń nastolatki fantazjującej o podcinaniu sobie żył.

Pełen frustracji podniósł się ze swego krzesła i podszedł do stolika z kawą i herbatą ustawionego pod ścianą sali. Tutaj żarówka nie miała twarzy do zamieniania w figury woskowe, zamiast tego jednak nieustannie buczała. Sam nie wiedział, co było gorsze. Zrobił sobie herbatę w plastikowym kubeczku i odwrócił się w kierunku siedzących w kręgu osób. Od zawsze tak miał, że w pewnym momencie jedynie fizyczna izolacja od grupy ludzi, w której aktualnie przebywał, była w stanie powstrzymać napływ złości, frustracji i lęków. Rola obserwatora była zdecydowanie bezpieczniejsza.

Nie wrócił już do kręgu. Kiedy dziewczynka skończyła mówić, rozgorzała dyskusja, o której wiedział, że jest błaha i bez znaczenia. Tylko by się bardziej zdenerwował, więc profilaktycznie nie wracał. Później obserwował jak wszyscy podnoszą się ze swoich miejsc. Część skierowała się prosto do wyjścia, a część podeszła do tego samego stolika, przy którym on stał. Pogrążeni w rozmowach nie zwracali na niego żadnej uwagi. Był do tego przyzwyczajony, więc pozornie nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Nie ociągając się dopił herbatę i zaczął zbierać się do wyjścia. Schemat zburzył mu nagle nieznajomy głos rozlegający się zza pleców:

– Podobało mi się jak mówiłeś. – Zaskoczony odwrócił się, by zobaczyć dziewczynę mniej więcej w swoim wieku, patrzącą na niego dużymi, brązowymi oczami. Znał ją z widzenia, choć była tu stosunkowo nowa. Zwrócił na nią uwagę, bo spodobała mu się jej uroda. Była drobna, lecz nie chuda. W rysach twarzy, mimice i spojrzeniu znać było jakąś dziwną bystrość. Z drugiej strony mogło mu się tak tylko wydawać, bo zdecydowanie podobało mu się jak wyglądała. Mimo, że miała na sobie zwykłe dżinsy i prosty sweter, wyczuwał emanujące od niej wdzięk i grację. Choć oczywiście brał też pod uwagę, że to wszystko robota zauroczenia, w jakie niewątpliwie popadł odkąd ją tu zobaczył. Czasem, kiedy w trakcie grupy ktoś bardzo go nudził, lubił spoglądać na nią ukradkiem i wyobrażać sobie ich pierwszą, randkę, dziesiątą randkę i całe wspólne życie. Robił tak za każdym razem, kiedy któraś dziewczyna wpadła mu w oko. Prawie zawsze też nie wychodził poza te marzenia. Zawsze mógł się znaleźć jakiś powód, dla którego zagadanie było bardzo złym pomysłem. Po raz pierwszy zdarzyło się jednak, że to obiekt jego fascynacji nawiązał kontakt. Do tej pory nie słyszał głosu tej dziewczyny, bo nigdy jeszcze nie odezwała się w trakcie spotkania. To, jak brzmiała bardzo mu pasowało do tego jak wyglądała. Miała spokojny, głęboki ton, który obiecywał perlisty śmiech każdemu, kto będzie miał szczęście ją rozśmieszyć. Dawało się też wyczuć w jej mowie pewną sprężystość, prawie w ogóle nie spotykaną wśród ludzi zbierających się w tego rodzaju grupach. W głowie przeżył już z nią całe życie, dlatego wydobycie z siebie pierwszego rzeczywistego zdania było dość trudne. Przybrał jednak swój standardowy uśmiech, którym nauczył się maskować prawdziwe emocje i odpowiedział:

– Dzięki, obawiam się jednak, że jesteś w mniejszości.

– Dlaczego? Była dość ciekawa dyskusja.

– Serio? Ja usłyszałem tylko stek banałów. Nic wartościowego.

– Chyba zaraz pożałuję, że się do ciebie odezwałam. Jak możesz mówić, że to nie było nic wartościowego? Ewa ledwie powstrzymywała się przed płaczem kiedy mówiła jak sama nie ma się do kogo zwrócić, a Paweł opowiedział osobistą historię po raz pierwszy odkąd tu przychodzi. Pod wpływem tego co powiedziałeś. Więc nie waż się mówić, że nie usłyszałeś nic wartościowego. Cześć. – Po tych zaskakujących słowach faktycznie odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę wyjścia. Chłopak stał przez kilka chwil zupełnie oszołomiony. Zwykle po takiej tyradzie wysłuchanej od kogoś, w życiu już by z tą osobą nie porozmawiał. To była jednak Ona. Nie miał żadnej gwarancji, że kiedykolwiek jeszcze będzie z nią mówił, jeśli za nią pobiegnie. Był jednak pewny, że jeśli tego nie zrobi, to na pewno już nigdy do tego nie dojdzie. Zniknęła już za drzwiami wyjściowymi, kiedy ruszył się z miejsca.

– Hej, zaczekaj! – Żwir na podjeździe zdawał się wciągać jego stopy jak ruchome piaski. Okrzyk, jakim próbował ją zatrzymać, ledwie wydostał się z zaciśniętego gardła. Z niespotykaną jednak u siebie determinacją parł naprzód. Ku jego zaskoczeniu, dziewczyna rzeczywiście się zatrzymała. Spróbował przyspieszyć kroku, ale miękkie kolana na to nie pozwoliły. W końcu dotarł jednak do nadal stojącej nieruchomo dziewczyny.

– Przepraszam za moje słowa. Dziękuję, że powiedziałaś co powiedziałaś. Zastanawiam się, dlaczego jakoś nie spojrzałem na to od tej strony co ty. Chciałbym z tobą o tym porozmawiać, może być mi wytłumaczyła…? – Chłodne spojrzenie dziewczyny powoli zaczęło się ocieplać.

– Ja też przepraszam. Nie powinnam tak wystartować do ciebie. Tak w ogóle, jestem Karolina.

– Cześć, Olaf. To co, spieszysz się gdzieś, czy może zrobimy sobie jeszcze jakiś spacer?

Miał szczęście. Wiosna rozpanoszyła się w mieście na dobre, więc mimo wieczornej pory temperatura wciąż sprzyjała spacerom. Co być może jeszcze ważniejsze, zachodzące słońce malowało na niebie soczyście pomarańczowymi i zmysłowo czerwonymi chmurami tak piękne obrazy, że nie sposób było się na siebie gniewać. Nie znał okolicy, w której odbywały się spotkania grupy wsparcia dla niedoszłych samobójców. W związku z tym musiał mocno improwizować z marszrutą. Spontaniczność nie była jego mocną stroną, lecz wspólnymi siłami udało im się znaleźć całkiem uroczy park.

Znajdował się dosłownie kilka kroków od ruchliwej ulicy, lecz sprawiał wrażenie jakby był wyjęty z zupełnie innego świata. Dość zapuszczony, pełen ławeczek z łuszczącą się farbą i podniszczonych figurek zwierząt oraz różnych bajkowych stworzeń. Na pierwszy rzut oka nie zachęcał do zatrzymywania się w nim. Po chwili jednak zaczynało się czuć pewien majestatyczny spokój płynący z długiego czasu, jaki ten park zajmował swoje miejsce na przekór kolejnym nowoczesnym pomysłom specjalistów od planowania przestrzennego. Krążyli chwilę po zawiłych alejkach aż trafili na jedyną ławkę, której towarzyszył równie co ona sfatygowany stół. Nie zastanawiając się długo usadowili się na nim, nie przerywając dyskusji. Jest w stołach coś takiego, co sprzyja dobrym rozmowom.

– Jak cię słucham, to coraz mniej się dziwię, że masz takie problemy z relacjami.

– Co masz na myśli?

– Ciągle narzekasz na to, jak bardzo chciałbyś nawiązać głęboką więź i w ogóle, a jedyne co robisz, to opowiadasz o sobie. Za każdym razem, kiedy zaczynałam coś mówić o mnie, to potakiwałeś i wracałeś do opowiadania banałów o sobie.

– Chciałem pokazać, że rozumiem, bo mam podobne doświadczenia…

– Pokazywałeś głównie, że tak naprawdę nie interesuje cię to co mam do powiedzenia. Czasem wystarczy dać się komuś wygadać.

– Przepraszam. Teraz kiedy o tym wspomniałaś, myślę, że przed chwilą chciałaś coś powiedzieć o tym, jak się znalazłaś na grupie. Myślisz, że możemy do tego wrócić?

– Być może, ale na pewno nie teraz. Muszę lecieć, późno się zrobiło.

Po tych zaskakujących słowach Karolina zeskoczyła ze stołu i nie oglądając się za siebie ruszyła alejką w stronę ciągle słyszalnego szumu samochodowych silników. Tym razem zdezorientowany Olaf nie pobiegł jej zatrzymywać. Zamiast tego wyciągnął z kieszeni fajki i po chwili zaciągnął się dymem z mentolowego. Niektóre miejsca nadają się do palenia lepiej od innych i to zdecydowanie było jedno z nich.

Obserwując rozpływający się w nocnym już powietrzu dym, zastanawiał się nad tym, co się wydarzyło. Nieznajoma, ładna dziewczyna pierwsza się do niego odezwała, a później poszli na całkiem przyzwoity spacer, podczas którego nie było w zasadzie przerw z niezręcznej ciszy. Rozmawiali na całkiem poważne tematy i podobało mu się nawet to, jak go krytykowała i mówiła na czym polegają jego błędy. Wiadomo, oboje byli na tej samej grupie dla ludzi, którzy z definicji nie mieli raczej wszystkiego dobrze w głowie poukładanego, ale z drugiej strony – kto tak właściwie ma? Czuł, jak coraz szybciej ogarnia go znajoma euforia towarzysząca tym niewielu przypadkom, kiedy spotkanie wydawało się mieć szansę na sequel. Równocześnie narastało też zrezygnowanie, bo do tej pory nawet te początkowo obiecujące sytuacje szybko zamieniały się w kolejny nieuchwytny obłok trującego tytoniowego dymu. Tak jak po papierosach, zostawały mu po nich tylko niesmak i poczucie winy. Mimo starań, dość dawno temu przestał już wierzyć w romantyzm i emocje. Dziwne ciepło w żołądku zdawało się jednak nieśmiało kwestionować dotychczasowe myślenie. Miał tylko nadzieję, że nie jest to kolejna forma zrodzonej z samotności desperacji. Zgasił peta i również pogrążył się w nocnym mroku.

cdn

Dobre chęci cz. 2

Advertisements

5 thoughts on “Dobre chęci cz. 1

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s