Żółte plamy latarniowego światła dziurawiły nocne ciemności spokojnej uliczki. Fasady starych kamienic obojętnie spoglądały na rząd zaparkowanych samochodów, które cierpliwie pokrywały się rdzą w oczekiwaniu na poranne pojawienie się smutnych właścicieli. Wszędzie dookoła panowała cisza. Każdy jednak, kto spędził choć jedną noc w mieście wie, że nocna cisza w miejskim otoczeniu oznacza tylko mniejszą ilość źródeł dźwięku. Z daleka dobiegał raz po raz szum silników samochodów jadących po głównej ulicy tej części miasta. Z okien mieszkania na rogu wylewały się dźwięki muzyki i podniesionych głosów. Kocie łapy pluskały w sporej kałuży, która się ostała po niedawnym deszczu. Raz czy drugi nad całą symfonię tych oraz innych dźwięków składających się na miejską ciszę wybił się jazgot policyjnych syren. Swoim natręctwem przypominał wszystkim, że spokój zdający się panować w tym miejscu jest niczym więcej, niż tylko zwiewną zasłoną chwilowo przykrywającą wszystko co gwałtowne, przykre i nielegalne. Każdy słuchający tych syren musiał przypomnieć sobie, że to, czego nie widać w danej chwili i na pierwszy rzut oka nadal istnieje gdzieś tam, bliżej lub trochę dalej. Wszystko to tylko czeka na sposobność do wdarcia się na pierwszy plan i zniszczenia choćby pozorów spokoju.

Pełen tych niewesołych myśli, na scenę usiłującej zasnąć uliczki wkroczył jakiś człowiek. Dodał do bogatej gamy nocnych odgłosów coś tak oczywistego, jak stukot obcasów na betonowych płytach chodnika. Widać było, że nigdzie mu się nie spieszy, mimo późnej pory. Szedł raczej wolnym tempem, rozglądając się dookoła prawie jakby zwiedzał ten zupełnie nijaki zaułek. Gdyby ktokolwiek chciał przyjrzeć mu się bliżej, miałby pewne problemy z dokładnym opisaniem przechodnia. Przypadkiem lub nie, bardzo rzadko wchodził on bowiem w oświetlone obszary. Stapiał się raczej z cienistym otoczeniem, był jego częścią i nieodzownym elementem. Nie wyglądało to jednak na świadomy wybór. Bardziej przywodziło na myśl odruchy, lub też po prostu naturę tego człowieka. Jak gdyby pozostawanie jednością z cieniem było częścią jego jestestwa.

Kiedy jednak następowały te rzadkie momenty, w których wstępował w pole jasności, nadal niewiele było widać. Jednolicie czarne ubranie pozwalało dojrzeć tylko kontur sylwetki, a i to nie do końca nawet, bo czarny płaszcz skutecznie ją maskował. Podobnie czarny kapelusz zakrywał twarz cieniem ronda tak głębokim, że światełko papierosowego żaru rozbłyskujące co jakiś czas zdawało się być wciągane z powrotem w otchłań.

Gdyby zatem ktoś dziwnym trafem obserwował tę scenerię, prawdopodobnie nie zauważyłby przechodnia będącego powodem odgłosu stukających obcasów. Jeśli by go jednak zobaczył i postarał się przyjrzeć bliżej, zobaczyłby coś ciemnego, czym najlepiej nie zaprzątać sobie głowy i szybko wrócić myślami do przyjemniejszych tematów.

To dziwne związanie z ciemnością potrafiło oddziaływać na napotykane osoby. Przekonały się o tym dwie podpite dziewczyny, które z gromkim śmiechem wytoczyły się na chodnik pod oknami ciągle będącymi źródłem głośnej muzyki. Pełne gorączki sobotniej nocy zamilkły niespodziewanie nawet dla siebie samych, kiedy tylko przypadkowo spojrzały w oczy wyglądające spod kapeluszowego ronda. Same nie wiedziały co takiego w nich zobaczyły, ale wszystkie przyjemnie zamroczone alkoholem plany i radości zniknęły, zastąpione brudną wodą ze zmąconej przez kota kałuży.

Człowiek szedł dalej, nie poświęcając dziewczętom i ich urodzie większej uwagi mimo tego, że one jeszcze przez kilka ładnych chwil wpatrywały się z nierozumiejącym zdziwieniem w jego plecy.

 

***

 

Placyk powoli pustoszał. Coraz więcej klientów klubów i barów niekarnie stojących dookoła niego dochodziło do wniosku, że następne piwo i kolejny kieliszek wódki okażą się ostatnim gwoździem do alkoholowej trumny. Czasem do tego wniosku o sobie nawzajem dochodzili towarzysze pijatyki, co skutkowało gromko kłócącymi się w chybotliwym chodzie kolegami, jak i zapłakanymi dziewczynami prowadzącymi z determinacją swych chłopaków ku taksówce do wtóru symfonii na wszystkie żale. Barmani z coraz większą irytacją spoglądali na gości wciąż jeszcze okupujących ich lokale. Duzi i silni przy drzwiach przestawali wpuszczać nocnych wędrowców ciągle jeszcze poszukujących szczęścia z uporem godnym lepszej sprawy. Uporczywi bezdomni niestrudzenie polowali na walające się wszędzie puszki, niedopalone fajki i całą resztę skarbów. Chowali się też skwapliwie przed stróżami porządku, którzy z kolei z zazdrością spoglądali na bogate dzieciaki hałaśliwie wydające pieniądze rodziców.

Przez całą tę scenerię późnej nocy przechodził ten sam zagadkowy człowiek. Nadal rozglądał się z zainteresowaniem i ciągle pozostawał raczej w cieniu, choć niewątpliwie było to trudniejsze w tych neonowych okolicznościach. Tytoniowy dym z niezmienną regularnością wydobywał się z jego ust, prawie jakby w środku przechodzień napędzany był silnikiem na nikotynę.

Mijani przez niego ludzie nie zawsze go zauważali. Nie mogli zatem wpaść na absurdalny pomysł, że to on jest źródłem tego nagłego egzystencjalnego smutku, tego poczucia całkowitego bezsensu, tej utraty jakiejkolwiek nadziei. To, co spowodowało u tamtych dwóch dziewczyn bezmyślne gapienie się w plecy oddalającej się postaci, u innych było źródłem szeregu odmiennych reakcji.

Dziewczyny pijanych chłopaków zostawiały ich na krawężnikach po uświadomieniu sobie, że prowadzić ich tak będą musiały przez całe życie. Policjanci i miejscy strażnicy odwracali spojrzenia od bójek, kradzieży i wylewanych publicznie strug moczu. Bezdomni porzucali syzyfowe poszukiwania aluminiowej wyspy skarbów na rzecz łowów na ostre krawędzi niebezpiecznych przedmiotów, z których to krawędzi mogliby skoczyć na tamten świat.

Czarna postać przeszła przez plac i weszła w następną uliczkę nie oglądając się za siebie.

 

***

 

Tego rodzaju wypadki nie mogą być niczym zaskakującym w niedzielę nad ranem. Golf trójka mknął rozpędzony do granic możliwości, bo tłoki silnika były zmuszone do dorównania tempem biciu młodego serca. Prędkość zaczęła powodować tunelowe widzenie, a promile zadbały o to, by ciągle przed oczami znajdowały się dwie drogi. Żadna z nich jednak nie prowadziła do upragnionego łóżka, które tej nocy miało być nieco mniej puste. Zamiast tego, światełko na końcu tunelu okazało się być nocnym tramwajem pełnym mało świadomych otoczenia ludzi.

Na miejsce musiało przyjechać tyle karetek, że pewien staruszek na drugim końcu miasta umarł na zawał, bo dyspozytor nie miał kogo do niego wysłać. Wszystkie okoliczne szpitale zapełniły się ludźmi o naczyniach krwionośnych rozszerzonych alkoholem. Naczelnik wydziału drogowego miejskiej komendy policji klnął w żywy kamień kalkulując jak bardzo te dotychczasowe siedem ofiar śmiertelnych popsuje mu statystyki i wizerunek policji. Strażacy na miejscu też klnęli, choć raczej ze zgrozy, za każdym razem, kiedy docierali do jakiejś części ciała zaplątanej w tę kupę złomu, którą stworzył samochód do spółki z przednią ćwiartką tramwaju.

Migoczące światła wszystkich kogutów na samochodach służb tworzyły surrealistyczną atmosferę, tylko potęgując w ludzkich głowach chaos wywołany nieustającymi krzykami i jękami ofiar wciąż jeszcze czekających na pomoc, zmieszanymi z komendami każdego wyższego stopniem oraz natarczywymi pytaniami wykrzykiwanymi wysokim głosem przez reporterów.

W pewnej odległości od całego tego zgiełku stał ten sam człowiek w czerni. Ze swego miejsca widział wszystko doskonale, samemu pozostając naturalnie niezauważonym w mroku. Tym razem trudno było stwierdzić jednoznacznie, czy to on był przyczyną nieszczęścia, czy też rozgrywający się w tym miejscu dramat przyciągnął go tutaj jakąś złą siłą. Fakt pozostawał jednak niezmienny: stał tam i z ponurą fascynacją chłonął atmosferę bólu, rozpaczy i śmierci. Nie patrzył jednak w stronę strażaków, wciąż jeszcze wydobywających na widok kolejne okropności. Nie zwracał też uwagi na polowy punkt opatrunkowy, gdzie na swoją kolej czekali wszyscy poranieni. Całą swoją istotą nakierowany był na drobny szczegół, zupełnie pomijalny wobec wszystkiego co się działo. W dość sporej odległości od epicentrum wydarzeń, tuż na granicy zasięgu błyskającego światła leżał but. Mały, dziecięcy. Z kolorowym kwiatkiem naszytym po zewnętrznej stronie. Nie tak dawno temu musiał być biały, teraz brudnoróżowy, pobrudzony krwią. Nigdzie dookoła nie było widać jego pary ani małej właścicielki.

But leżał. On patrzył.

Reklamy

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s