Ania i burza, czyli dlaczego czasem warto jest posłuchać innych

             Mówili jej, że tak będzie. Ona jak zwykle jednak wiedziała lepiej. Nie wyszła na tym dobrze, na szczęście nie jak zwykle.

Silny wiatr wył na korytarzach. Ledwie trzymające się w zawiasach drzwi trzaskały bez opamiętania. Resztki szyb w oknach tłukły się, dokładając swoje dźwięki do ogólnego chaosu. Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie potężnych grzmotów i szumu niezliczonych kropel deszczu, bezlitośnie wdzierających się do zrujnowanego wnętrza szpitala, w którym schroniła się przed burzą.

„Świetnie” pomyślała. „Uciekanie przed deszczem w środku nocy do starego psychiatryka nie było najmądrzejszym posunięciem”. Z wielką niechęcią musiała przyznać przed sobą samą, że tym razem zdecydowanie się wygłupiła. Ludzie w schronisku ostrzegali ją, że nie zdąży dotrzeć do następnego przed nadchodzącą nawałnicą. Ona jednak, jak zwykle, postanowiła postawić na swoim. W związku z tym, kuliła się właśnie w kącie zrujnowanej sali szpitalnej, oglądając w świetle kolejnych błyskawic graffitti wymalowane na popękanych ścianach przez nie wiadomo kogo. Nie mogła się zdecydować, czy cieszyć się z faktu, że przypomniała sobie o tym miejscu. Znalazła jego opis w jednym z przewodników, który czytała planując swoją wakacyjną wędrówkę po Beskidach. Kiedy pierwsze ciężkie krople spadły jej na głowę, trybiki w niej schowane zapracowały w zaskakujący sposób i podsunęły jej stary szpital psychiatryczny, w którym „leczyła się” wierchuszka władzy za poprzedniego, szczęśliwie minionego, ustroju.

Bezproduktywne rozważania brutalnie przerwała jej fala deszczu, która wpadła wraz z wyjątkowo silnym powiewem i z wyjątkowa złośliwością dosięgła ją w jej kącie.

„No nic, Ania, musisz poszukać sobie lepszej kryjówki. Tu cię zaraz utopi ten deszcz.” Jak pomyślała, tak zrobiła i dźwignąwszy się ciężko na obolałe nogi podniosła swój plecak i ostrożnie wyruszyła na poszukiwanie miejsca, w którym mogłaby znaleźć nieco więcej osłony przed wszystkimi nieprzyjemnościami.

Korytarz odpadał, bo wiało na nim prawie tak samo jak na zewnątrz. Klatka schodowa też nie była najszczęśliwszym pomysłem. Kiedyś przeszklona, dzisiaj pełna potłuczonego szkła i mokra. Wędrując tak po tym przyprawiającym o dreszcze miejscu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, dotarła w końcu do piwnic, które niestety okazały się być jedynym miejscem, w które nie docierał wiatr i niesiony nim deszcz.

Była pewna, że nie ma zamiaru zapuszczać się w te pogrążona w zupełnej ciemności korytarze. Jednak nawet pozostawanie zaraz przy schodach wiązało się z koniecznością obcowania z mroczną czeluścią. Tutaj nie dochodziły już w takim stopniu wszystkie hałasy niepodzielnie panujące na górze. Cisza zaczęła ją oblepiać bardziej od przemoczonych ubrań.

W pewnym momencie wydało się jej, że słyszy szuranie dochodzące z głębi pogrążonego w mroku przejścia. Odruchowo skierowała w tamtym kierunku strumień światła z latarki.

Czy to była noga?

                Jej skołatane zmysły mówiły jej, że właśnie zobaczyła znikającą za zakrętem czyjąś stopę obutą w mocno poniszczony but górski. Nagły stres sparaliżował ją całkowicie. Mogła tylko wpatrywać się w tamto miejsce, czekając w napięciu, co się wydarzy. Przez jej głowę galopowały w popłochu setki myśli. Okrutnie podsuwały jej wyobrażenia o pacjentach tego miejsca, o melinujących tutaj narkomanach, kłusownikach a nawet o duchach, wiedźmach, strzygach i wampirach. Czy naprawdę musiała oglądać przed wyjazdem ten cholerny Blair Witch Project?

Kiedy po kilku minutach nic się nie wydarzyło, uspokoiła się nieco i zgasiła latarkę, przypominając sobie o tym, że nie ma zapasowych baterii. Ledwie znów zapadły ciemności, wrażenie słyszenia czyichś powolnych kroków powróciło. Tym razem nie odważyła się poświecić w tamto miejsce, tylko czym prędzej wybiegła po schodach na górę. W panice o mało co nie zapomniała swojego plecaka. Adrenalina wlewająca się właśnie potokami do jej krwi, nie pozwalała na jakąkolwiek analizę sytuacji. Po prostu biegła korytarzami, póki nie znalazła wyjścia z budynku.

Dopiero znalazłszy wątpliwe schronienie pośród najbliższych drzew, uspokoiła się na tyle, by przemyśleć to, co się właśnie wydarzyło. Szczerze wątpiła w to, by była świadkiem czegokolwiek nadprzyrodzonego. Jeśli faktycznie coś widziała i słyszała, to prawdopodobnie był to inny wędrowiec lub ktoś z tych, którzy popaćkali farbami ściany psychuszki. Anna zdecydowanie jednak nie miała zamiaru sprawdzać, która z możliwych wersji wydarzeń jest prawdziwa.

Ze spływającego wodą zamyślenia wyrwał ją męski głos dochodzący z lasu po jej lewej stronie.

– Halo! Jest tu kto? – Instynktownie się skuliła i przypadła do pnia najbliższego drzewa. Po krótkiej chwili zauważyła światło latarki. Po następnej chwili mężczyzna wyszedł na wolną przestrzeń, ewidentnie starając się być zauważonym.

– Tutaj! – krzyknęła Ania, zanim rozważyła wszystkie za i przeciw. Skrzywiwszy się na własną lekkomyślność wstała jednak i również wyszła z zarośli.

– O, witam. Tak właśnie myślałem, że kogoś widziałem, jak stamtąd wychodził – powiedział nieznajomy i głową wskazał w kierunku szpitala. – Nie zamierzasz tu zostawać?

– Nie, myślę, że wolę pomoknąć gdzieś tam. – Mruknęła i wykonała nieokreślony ruch ręką.

– Jak uważasz, ja już mam zdecydowanie dość tej burzy. Ależ, gdzie moje maniery! Powinienem w ogóle zacząć od przedstawienia się! Jestem Olaf. – Powiedział to i skierował światło na swoją twarz. Już samo to sprawiało dość upiorny efekt, który nieznajomy jeszcze pogorszył uśmiechając się. Jej oczom ukazała się pociągła, dość szczupła i nieco koścista twarz z głębokimi oczodołami, z których jednak błyszczały przyjazne oczy.

– Ania…

– Miło mi cię poznać, Aniu. Nawet mimo tej niesprzyjającej aury. – Olaf wydawał się w ogóle nie zwracać uwagi na pogodę. – No właśnie, nie zmuszam cię do stania tu ze mną, jeśli chcesz iść. Ja w sumie też chętnie się schowam. Ale wiesz co? Skoro chcesz iść w tym deszczu, to dam ci moją pelerynę. Przecież w środku nie będę jej potrzebował, co?

– Ależ nie, nie trzeba… – Zaskoczona dziewczyna próbowała oponować, ale nieznajomy już się pozbył osłony przeciwdeszczowej i z uśmiechem trzymał ją w ręce wyciągniętej do Ani. Ta nie chcąc, by zmókł bardziej niż to konieczne po prostu ją wzięła i założyła, żeby nie przeciągać. – Dziękuję ci bardzo. Lepiej już faktycznie pójdę. Do zobaczenia!

– Powodzenia! – Rzucił za nią Olaf znikając w ciemności drzwi wejściowych.

Następnego dnia, kiedy w końcu dotarła do schroniska, zauważyła, że peleryna ma kieszeń, której wcześniej nie spostrzegła. Z ciekawości włożyła do niej dłoń i wyciągnęła coś, co okazało się być fotografią.

Fotografią mężczyzny leżącego z rozbitą głową na korytarzu psychiatryka. Mężczyzny z twarzą Olafa i z butami, które widziała kiedy znikały za rogiem.

Tekst powstał w ramach zabawy na tym blogu, dzięki!

No i pytanie: jak jest lepiej: kiedy wcięcia akapitów są rozwalone, ale jest wyjustowanie do obu stron, czy jak wcięcia są w miarę ok,ale jest tylko jednostronne justowanie?

Reklamy

3 thoughts on “Ania i burza, czyli dlaczego czasem warto jest posłuchać innych

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s