Inspektor Sword i porywacz biedronek

             Nie mógł spać. Nie mógł jeść. Nie mógł się skupić. I co najgorsze, nie był zakochany. To „tylko” wlokąca się od kilku miesięcy sprawa porywacza biedronek działała mu na nerwy.

            Po raz kolejny Sword leżał nocą w swym łóżku, kontemplując wzrastający poziom furii i frustracji, podsycany jeszcze przez zbyt ciasną piżamę, którą miał na sobie. Swędział go lewy pośladek, lecz nie mógł się poruszyć, gdyż znów poczułby opinanie się na jego ciele tego kawałka materiału zwanego szumnie piżamą, co po raz kolejny doprowadziłoby go do białej gorączki. Odczuwał wyrzuty sumienia, ponieważ zapomniał wypastować swe glany. Nie chciał jednak wstawać z łóżka, gdyż wiedział, że poruszając się o tej porze po mieszkaniu, z pewnością zbudziłby sąsiadkę z dołu, a ona nie omieszkałaby zrobić mu awantury przy najbliższej okazji. Wreszcie, czuł głód, lecz nie śmiał jeść, gdyż już i tak miał kompleksy rozmiarów Sahary na tle swojego wyglądu.

            Za wszystkie te rzeczy w duchu obwiniał tego nieuchwytnego porywacza. To przez niego nie mógł spać, a gdyby był pogrążony teraz w objęciach Morfeusza, z pewnością nie zwracałby uwagi na jakiekolwiek problemy.

            Z dnia na dzień osiągał coraz to nowe pokłady gniewu, irytacji, zrezygnowania,ponurej determinacji, fałszywych oświeceń i czarnej rozpaczy poukładane w losowej kolejności. Po kilku miesiącach starań nadal nic nie wiedział o swym przeciwniku oprócz tego, że każdej porwanej biedronce odklejał on wszystkie kropki ze skrzydełek i pozostawiał je na miejscu zdarzenia. Sword był wściekły, gdyż nigdy wcześniej żadna sprawa nie zajęła mu tyle czasu i energii.

           W końcu jednak znów wstało słońce, a obserwowany przez całą noc budzik wreszcie oddzwonił 6:30. Inspektor zwlókł się z łóżka i poczłapał do kuchni. W międzyczasie pozbył się niewygodnego odzienia i wydał na światło dzienne swe coraz bardziej obrośnięte tłuszczem ciało. W kuchni wyciągnął z lodówki to, co wyglądało na najmniej przestarzałe i przystąpił do konsumpcji. Miał ochotę na herbatę, lecz czajnik był tak zakamieniony, że ugotowanie w nim czegokolwiek graniczyło z cudem. Po szybkim „śniadaniu” Sword opłukał zęby w wodzie z kranu (łazienkę nauczył się omijać szerokim łukiem, gdyż przed samym sobą wstydził się swego wyglądu) i narzucił na grzbiet pierwsze lepsze ciuchy wygrzebane ze sterty ubrań zalegających na fotelu. Kolejnym etapem wydostawania się z mieszkania był marsz na orientację obfitujący w pułapki w rodzaju niewyniesionych śmieci dojrzewających do decyzji o samodzielnym się wyniesieniu. Kiedy już dotarł do przedpokoju i drzwi wyjściowych, ktoś właśnie w nie zapukał.

            Sword zesztywniał ze zdziwienia. Niewiele osób w ogóle wiedziało, gdzie on mieszkał, a jeszcze mniej miałoby jakąkolwiek ochotę go odwiedzać. A jeśli już, to w zgoła niezbyt przyjacielskich intencjach.

            Tak więc, zanim otworzył drzwi, wyciągnął swój wierny pistolet i ostrożnie wyjrzał przez judasza. To, co zobaczył na zewnątrz nie dało mu jednak żadnych odpowiedzi. Na wycieraczce znajdował się bowiem niepozorny, łysiejący człowieczek w okularach i z wadą zgryzu. Raz po raz cierpliwie naciskał on przycisk dzwonka, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, ze Sword tam jest. Temu zaś nie pozostało nic innego jak w końcu uchylić drzwi i zapytać:

– Kim pan jest? – Ton jego głosu nie pozostawiał wątpliwości, że jeśli nie uzyska satysfakcjonującej odpowiedzi to cała ta afera może się skończyć wielce nieprzyjemnie dla zagadkowego gościa. Ten jednak pozostał niewzruszony i odezwał się piskliwym głosikiem:

– Dzień dobry,inspektorze. Nazywam się Joshua Tree i nie zna mnie pan, sam o to zadbałem. Natomiast ja wiem sporo o panu i pańskim stanie, dlatego zdecydowałem się w końcu na tę wizytę.

– O co ci, kurwa, chodzi? – Biorąc pod uwagę stan Sworda ta forma reakcji była i tak dość wstrzemięźliwa, choć ekspresji dodawał jej fakt, iż ciągle trzymał on nieznajomego na muszce. Joshua jednak zdawał się tym nie przejmować i ciągnął swój wywód nie dając się zbić z tropu.

– Chodzi o sprawę porywacza biedronek. Więcej nie mogę powiedzieć tutaj, musi mnie pan wpuścić do środka, wtedy porozmawiamy. – Rzeczowość tonu zagadkowego przybysza i niezwykła charyzma w nim zawarta zmusiła Sworda do odsunięcia się z przejścia, co niezwłocznie zostało wykorzystane przez Joshuę.

            Po wejściu do przedpokoju ani na chwilę nie zatrzymał się on z niezdecydowaniem, jak to czasami robimy będąc w czyimś mieszkaniu po raz pierwszy. Sam wiedział, gdzie należy zostawić płaszcz, jak również gdzie jest pokój spełniający niegdyś funkcję salonu. Ruszył tam ze zdecydowaniem, które zadziwiło Sworda. Nie pozostało mu jednak nic innego jak podążyć za dziwnym przybyszem. W „salonie” Joshua znalazł sobie jakieś wolne miejsce pośród ogólnego bałaganu i odezwał się w te słowa:

– Od dłuższego czasu ściga pan pewnego bandytę, prawda?

– Skąd wiesz? – Cała ta historia coraz mniej podobała się inspektorowi.

– Wiem,ponieważ to ja jestem tym porywaczem. Proszę się nie ruszać! – Po raz pierwszy od kiedy wszedł, Joshua podniósł głos. Jednak tylko w ten sposób mógł uspokoić choć trochę wstrząśniętego inspektora, który zerwał się ze swego siedzenia i na powrót wymierzył pistolet w tego tajemniczego osobnika.

– Proszę się nie ruszać. Gdybym chciał zrobić panu krzywdę już dawno bym to zrobił. Chcę tylko z panem porozmawiać. – Sword był tak poruszony, ze nie mógł zdobyć się na jakąkolwiek odpowiedź. Stał tylko z uniesioną bronią i wpatrywał się w intruza wzrokiem pełnym zgrozy. – Wie pan – ciągnął Joshua – spodziewałem się po panu lepszych wyników. W końcu to pan jest tym słynnym inspektorem Sword. No ale trudno, to już nie ważne. Istotne natomiast jest to, iż całą tą aferę z porywaniem biedronek spreparowałem specjalnie dla pana. Tak, uszy pana nie mylą. Przez cały ten czas, kiedy porywałem biedronki myślałem o panu. W tym miejscu chcę pana zapewnić, iż żadnej z nich nic się nie stało, wszystkie są w bezpiecznym miejscu i wiedzie się im wyśmienicie. A wszystko dlatego, że chciałbym pana teraz zapytać: jaki jest sens pańskiej pracy, pańskiego życia? Ugania się pan za zupełnie niegroźnym człowiekiem, który na dobrą sprawę nie robi nic złego, zaniedbuje pan przy tym swoje życie i zdrowie, a tym wszystkim biedronkom wiedzie się w tym czasie o wiele lepiej niż panu. I po co to wszystko? Dla tej marnej pensji? Nie bądźmy śmieszni. W takim razie –po co?! – Joshua, w miarę jak mówił unosił się coraz bardziej. Na jego czole pojawiły się kropelki potu, oczy poczęły pałać w podejrzany sposób. Ręce mu dygotały i o ile na początku był oazą spokoju, o tyle teraz w żadnym razie nie można go było tak nazwać. Sword natomiast wręcz odwrotnie: uspokoił się, jego spojrzenie odzyskało przenikliwość, którą miało przed rozpoczęciem tej sprawy. Jedynie dla pozorów ciągle trzymał wymierzony pistolet, aby Joshua nie zorientował się co się dzieje. Jednakże ziarno zwątpienia zostało posiane w umyśle inspektora, który wraz z rozwojem przemowy porywacza coraz głębiej zastanawiał się nad swą egzystencją. Minuty mijały w ten sam sposób, Joshua mówił, Sword udawał, ze go słucha i zmagał się ze swymi wątpliwościami. W końcu doszedł do odpowiedzi na pytania stawiane przez wpadającego powoli w histerię Joshuę.

– … tak więc zapytuję pana, inspektorze, po raz kolejny: po co pan to robi, jaki widzi pan w tym sens? Czy… – huk wystrzału w małym pokoju był ogłuszający. Dla Sworda brzmiał jednak jak najlepsza muzyka.

– Robię to, bo żal mi tych wszystkich ludzi, których spotkałeś, spotykasz i będziesz spotykał. Nie znam ich, lecz nikogo nie skazywałbym na obcowanie z taką kupą łajna jak ty. – Po tych słowach inspektor podszedł bliżej i władował resztę naboi z magazynka w ciało umierającego wariata. W efekcie jego krew i mózg znalazły się w znacznej części na podłodze, ścianach, a nawet na suficie. Sword uśmiechnął się tak, jak za najlepszych swoich czasów. Rozejrzał się dookoła i mruknął:

– Nigdy nie lubiłem tego mieszkania. – Po tych słowach przeładował pistolet i schował go. Wiedział już, co powie oficjalnie. Nikt nie odważy się kwestionować jego słów. Czując ogarniające go odprężenie wyszedł z mieszkania i już na klatce schodowej zadzwonił na swój komisariat, żeby przysłali kogoś po trupa. Ciągle bawił go ten Joshua. Niby wielki psychoanalityk, a nie wpadł na to, że inspektor po prostu lubił strzelać.

Reklamy

2 thoughts on “Inspektor Sword i porywacz biedronek

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s