Olaf i Dionizy, czyli historia pewnej umowy (opowiadanie)

Przepraszam za nieogarnięte wcięcia akapitów. Jakoś nie mogę z nimi dojść do porozumienia…

                Wieczór nie odróżniał się niczym konkretnym od któregokolwiek ze swoich poprzedników. Można też było całkiem śmiało przypuszczać, że jego następcy również nie będą odbiegać znacznie swoim charakterem od nudnej średniej najnormalniejszych z wieczorów. Przynajmniej jeśli chodzi o miejskie wieczory środka tygodnia. Wiadomo, że w wielu miejscach na świecie w tym samym momencie toczyły się wojny, w innych ludzie byli okradani, gwałceni, torturowani, truci, porywani tudzież w jakikolwiek inny sposób doznawali naruszenia ich nietykalności, godności, własności lub też czci.

            Jednak nie w tej uliczce. Prezentowała się ona nad wyraz nudno w porównaniu do lokacji wspomnianych przed chwilą. Oczywiście, zależnie od perspektywy można to było poczytywać za zaletę bądź wadę, mimo to fakt pozostawał faktem – nie działo się tutaj zupełnie nic.

            Okoliczność ta zyskiwała na zagadkowości, jeśli rozważyło się okolicę i sąsiedztwo, w których to nudne miejsce się skryło. Otóż od centrum sporego miasta, którego było częścią, dzieliło je zaledwie kilka przystanków komunikacji miejskiej, lub też półgodzinny spacerek. Można więc powiedzieć, że była to swego rodzaju odwrócona oaza (w końcu oazy są wyspą CZEGOŚ pośrodku NICZEGO, podczas kiedy ta uliczka była niejako wyspą NICZEGO pośród bardzo intensywnego, nachalnego, lecz również słabo definiowalnego miejskiego CZEGOŚ). Elementy składowe tej oazy spokoju stanowiły dwa niezbyt szerokie chodniki, zaparkowane na nich samochody, pas jako-tako trzymającego się asfaltu, równy rząd odrapanych odrobinę latarni oraz oczywiście budynki mieszkalne stojące grzecznie i bez ruchu wzdłuż ciągu tej ulicy. Z owymi budynkami była o tyle ciekawa sytuacja, że mimo faktu, że były dość duże i wydawałoby się – dorosłe, to znakomita większość z nich chowała się za masywnymi kamiennymi płotami lub też tyralierą drzewek iglastych. Te pierwsze miały nieprzyjemną skłonność do padania ofiarą „artystów-amatorów”, którzy niesieni falami entuzjazmu lokalnego patriotyzmu znaczyli je sobie tylko znanymi hieroglifami mającymi stanowić ostrzeżenie dla innych grup plemiennych, że wkraczają na wrogi teren. Z kolei te drugie, czyli drzewka, jeśli były posadzone przez niewprawnego ogrodnika, który umieścił je zbyt blisko płotu (a jeszcze kiedy ten płot stanowiła tylko jakaś druciana siatka), to musiały znosić kilka razy dziennie ciepłe strumienie psiego (zazwyczaj) moczu, którego funkcja była jakoś zagadkowo zbieżna z tą opisywanych przed sekundą hieroglifów.

            Mimo występowania tych różnych wiadomości dla wtajemniczonych (które sugerowały, że być może nie zawsze było tu tak spokojnie), teraz ani jedna żywa dusza nie urozmaicała swoją obecnością tego nieciekawego miejsca. Można by się zacząć zastanawiać, po co w ogóle je obserwować i rozważać.

            Wydawać by się mogło, że do podobnego wniosku doszli mieszkańcy mniej lub bardziej zakamuflowanych domów. Obywatele miasta z dziada-pradziada do spółki z niespokojnymi studentami, którym wynajmowali pokoje (bo pokoju im wynająć już nie bardzo mogli), wydawali się w znakomitej większości już spać. W prawie żadnym oknie nie dało się zauważyć światła świadczącego o tym, że ktoś ma jeszcze do roboty coś lepszego od spania. Nieuważny obserwator szybko przekonałby się do tego rodzaju wniosku i w poczuciu odwalonego obowiązku udał się na piwo. Tego rodzaju pochopność mogłaby go kosztować przeoczenie smugi jasności wydobywającej się z niewielkiego okna znajdującego się niewiele ponad poziomem gruntu.

            Jeśli obserwator byłby z gatunku tych przedkładających piwo nad obserwowanie, to całkiem możliwe, że nawet zauważenie tej świetlnej anomalii na raczej okiennie zaciemnionej ulicy nie wypadłoby w jego oczach na tyle interesująco, by się zainteresować tym kimś, tą osobą, która tak jawnie i bezwstydnie naruszała pewne nocne decorum. Potrzeba by było obserwatora z powołania (żeby nie powiedzieć jakiegoś dziwaka zasługującego na sądowy zakaz zbliżania się) do tego, żeby dyskretnie podejść do tego okna, pokonawszy rząd obsikanych drzewek. Po zajęciu odpowiedniej pozycji i zapuszczeniu żurawia do wnętrza, owemu obserwatorowi-podglądaczowi ukazałby się widok o tyle niezwykły co mało zajmujący.

            Otóż w owej piwnicy przerobionej na pomieszczenie mieszkalne (lecz czy aby na pewno?) znajdował się chłopak, po którego wyglądzie można by sądzić, że jest studentem. Studentem jednak takim, który przez dłuższy czas bardziej był zainteresowany konsumpcją kalorii niż ich pożytkowaniem. Ów „słusznej postury” młody mężczyzna zasiadał na wyglądającym na średnio wygodne krześle przy niewielkim biurku. Na blacie owego znajdował się laptop, który na pierwszy rzut oka swoje najlepsze dni miał już dawno za sobą. Nocny marek zawzięcie uderzał w klawisze, najwyraźniej tworząc jakieś dzieło ze sporą ilością słów.

            Niezwykłość tej sceny brała się z samej jej istoty. Wydaje się bowiem, że ktoś przedkładający przelewanie myśli na… ekran ponad słodki i regenerujący sen musi być albo zakochany albo mieć sesję. Przy czym ta druga okoliczność raczej nie mogłaby rywalizować z pierwszą pod względem reprezentacji ilościowej. Zobaczenie kogoś zakochanego więc, robiącego coś z pasją dla swojego obiektu westchnień jest zawsze niecodziennym widokiem. Inna rzecz, że wywołuje podobne reakcje jak w momencie obserwowania przyczynowo-skutkowego ciągu zdarzeń zmierzających prosto ku katastrofie bez możliwości ingerencji.

            Z kolei nikła atrakcyjność to chyba dość oczywista sprawa – ileż można oglądać kogoś gapiącego się w monitor i poruszającego tylko palcami?

            Mogłoby się więc okazać, że nawet najbardziej wytrwały z wytrwałych obserwatorów wcześniej czy później by się znudził i opuścił tę oazę niczego pośród wszystkiego.

            Byłby to ogromny błąd.

       Prawdopodobnie wielu dziennikarzy i reporterów potwierdziłoby, że znalezienie dobrej historii do opisania trzeba często okupić tonami cierpliwości i pozornie zmarnowanego czasu. Gdyby więc wykazać się jeszcze odrobiną stoickiego spokoju (i chyba problemów umysłowych – kto normalny stoi z własnej woli i bez celu na środku ulicy przy niemalże minusowej temperaturze?) można by było zostać świadkiem sceny zaiste intrygującej.

            Oczywiście warunkiem koniecznym do cieszenia się obserwacją rozwijającej się akcji musiałaby też być zdolność do widzenia w specyficzny sposób, ale dla uproszczenia przyjmijmy, że to nie jest najważniejsze.

            Otóż, w jednej z takich samych sekund zza zakrętu wyłoniła się jakaś dziwnie niekształtna postać w długim płaszczu z kapturem tak dużym i obszernym, że zacieniał całą twarz zagadkowego przechodnia (pod warunkiem, że ów przechodzień twarz posiadał). Płaszcz był szary, długi, obszerny, nieco pobrudzony i poszarpany, zwłaszcza na snujących się po płytkach chodnikowych krawędziach. Mimo tego, że zdecydowanie miał większy numer od swojego właściciela, to jednak w kilku dziwnych miejscach zdawały się wystawać czy to części ciała czy to elementy bagażu. Sposób poruszania się tego naruszyciela bezwładnego spokoju również musiał zwracać uwagę. Nie było w nim zbyt wiele płynności. Cała sylwetka podnosiła się i opadała, dodatkowo sprawiając nieco chwiejne wrażenie.

            Okazało się jednak, że mimo wszystkich osobliwości rzeczone indywiduum jest całkiem spostrzegawcze, ponieważ nie uszło jego uwadze owo ciągle rozświetlone okno. Co więcej, ktoś mógłby odnieść wrażenie, że to był wręcz cel marszu albo obiekt poszukiwań. Dziwna ta sprawa była.

**

            Olaf z takim zapamiętaniem stukał w klawiaturę, że kompletnie stracił poczucie czasu. Gdzieś tam w głowie kołatała mu się myśl, że powinien się uczyć, że egzaminy, że późno, że spać. Myśl ta jednak była związana i zakneblowana przez skaczącego z radości małego chochlika weny, który z zachwytem obserwował, jak kolejne literki na wirtualnej kartce układają się w opowieść.

            Przebywając w owym świecie własnej fantazji, wpatrzony w monitor komputera jak we wrota do innego wymiaru, Olaf prawdopodobnie nie zauważyłby nawet wejścia pięknej, roznegliżowanej kobiety, dopóki ta by go nie uderzyła. Tym bardziej więc nie miał szans na zorientowanie się, że za oknem klęczy jakaś zakapturzona postać i kieruje w jego stronę cień, na którego miejscu powinna być twarz.

            Nagle intruz zniknął, pozostawiając za sobą dobrze znany i najzwyklejszy widok podjazdu. Nie miało to jednak znaczenia, ponieważ Olaf i tak nie miał pojęcia, że ktokolwiek się mu przyglądał. Pisał właśnie zapamiętale o lesie, jego kwiatach i całej bogatości życia, która się w nim działa. Zagłębiony myślami w tym zielonym świecie, początkowo nie zwrócił nawet uwagi na fakt, że począł czuć leśne zapachy. Woń żywicy pomieszana z zapachem mchu, owoców leśnych, a nawet igliwia dyskretnie zakradała się mu do nozdrzy. Dzięki niej jego opisy stały się jeszcze żywsze, pełne autentyzmu i niemalże namacalne.

            Dopiero po dłuższej chwili przyszło opamiętanie: skąd w piwnicznym pokoju świeży zapach lasu?!

            Zaskoczony oderwał w końcu wzrok od ekranu. Szybko zobaczył, skąd się wzięły te wszystkie wonie raczej niespotykane pośrodku miejskiej dżungli. Na środku pokoju stał zupełnie niespodziewany gość. Szary, podniszczony płaszcz dokładnie skrywał całą sylwetkę, jednak kaptur został odrzucony na plecy. Dzięki temu Olaf mógł zobaczyć niewielką głowę ze szczupłą twarzą o dość ostrych rysach. Na owej twarzy gościł całkiem przyjazny uśmiech, a ciemnobrązowe oczy patrzyły, lśniąc blaskiem bystrości. Pod owym uśmiechem znajdowała się szpiczasta bródka, jeszcze bardziej wydłużając i zaostrzając rysy dziwnego gościa. Nad oczami z kolei panowały krzaczaste brwi, nie tak jednak gęste jak układające się w mocno poskręcane loki włosy o średniej długości. Bez dwóch zdań to ów przybysz roztaczał tę niecodzienną woń.

            – Co jest kurwa?! – Młody grafoman wystraszył się nie na żarty. Właściwie chyba nie ma mu się co dziwić.

            – Spokojnie, cześć, jestem Dionizy, leśny faun.

            – Leśny kto? – Jeśli owemu „faunowi” wydawało się, że tym wyjaśnieniem zmniejszy stopień zdziwienia Olafa to raczej nie odniósł zamierzonego skutku.

            – Faun, leśny faun. Na pewno o nas słyszałeś.

            – Tak, w bajkach i baśniach. Przecież nie istniejecie naprawdę! – Po pierwszym szoku chłopak odzyskał zdolność logicznego myślenia i teraz starał się zająć tego dziwaka rozmową, dopóki nie wymaca dyskretnie noża leżącego za nim na stoliku.

            – Och, istniejemy. Myślisz, że ludzka wyobraźnia jest aż tak bogata, żeby wymyślić te wszystkie bajkowe stworzenia? Jeśli możesz, przestań szukać tego noża, jest za daleko nie dosięgniesz go. Poza tym, gdybym chciał ci zrobić krzywdę, to chyba się zgodzisz, że mógłbym ją zrobić zupełnie niepostrzeżenie i już dawno byłoby po wszystkim? Chcę tylko z tobą porozmawiać.

            Jak łatwo się domyślić, Olaf nie miał zbyt często okazji do rozmowy z faunami, a nawet z ludźmi na tyle zwariowanymi, by się za nich podawać. Uznając jednak sensowność wypowiedzi nieproszonego gościa zrozumiał, że póki co jest na przegranej pozycji. Dlatego też jego dłoń powróciła pusta, a on sam zwrócił się bardziej w stronę Dionizego.

            – Porozmawiać? O czym?

            – O twojej twórczości tak naprawdę. I o tym, co możesz z nią, czy też dzięki niej, zrobić.

            – Tak? A skąd w ogóle pomysł, że ja coś tworzę?

         – Myślisz, że znalazłem się tu przypadkiem? Mam swoje dojścia. Poza tym, właśnie masz otwartego Worda i nie wygląda mi to na notatki.

            – No dobra…

            Dyskusja przybierała coraz bardziej niebezpieczny według Olafa obrót. W końcu można się serio przestraszyć, kiedy jakiś dziwny typ nagle pokazuje się na środku pokoju i to jeszcze najwyraźniej całkiem nieźle poinformowany. To pachniało (poza lasem) jakimś grubszym przekrętem. Zaczął zastanawiać się, czy to przypadkiem znajomi nie postanowili mu wykręcić jakiś głupi numer. Szybko jednak zrezygnował z tych podejrzeń, w końcu nie miał tak wielu znajomych, a ci co ich miał to raczej nie wykazaliby się względem niego aż taką inwencją. Ciągle pozostawało robić dobrą minę do złej gry…

            – Nie ważne. Wiem, że piszesz. Poza innymi rzeczami wiem też, że nawet znośnie ci to wychodzi. Dlatego właśnie przyszedłem zaproponować ci… współpracę.

            – Taaak? A na czym miałaby polegać?

            Pod pewnymi względami Olaf nie różnił się od większości domorosłych, aspirujących pisarzyn od siedmiu boleści. Każda wzmianka o współpracy od razu kojarzyła mu się z wydawaniem książek, sławą i szerokim strumieniem szmalcu z tego płynącym. Faun najwyraźniej był świadom tego, że temat może zainteresować jego rozmówcę, dlatego uśmiechnął się półgębkiem i kontynuował.

            – Wiesz, nie przyszedłem do ciebie tylko w swoim imieniu. Tłumacząc ci to tak, żebyś zrozumiał, można powiedzieć, że reprezentuję szeroką koalicję stworzeń czujących się pokrzywdzonymi przez rozrost ludzkiej cywilizacji. W związku z tym proponujemy ci, żebyś podjął tę tematykę w swoim pisaniu. Uciśniona mniejszość, krwiożerczy najeźdźcy niszczący piękną naturę, tego typu rzeczy. Jeśli się zgodzisz, ze swej strony obiecujemy sprowadzać na ciebie dobre natchnienie, spotykać się z tobą, żeby dostarczać ci tematów i materiałów. Generalnie pilnować, żebyś ciągle dobrze pisał i miał o czym to robić.

            – Czekaj, czekaj… Czyli że co? Kogo więc reprezentujesz? Mówisz tak, jakby to miały być jakieś rusałki, elfy, wróżki i skrzaty.

            – Elfy z nami nie współpracują. Uważają, że same sobie poradzą. Natomiast co do reszty masz w ogólnym zarysie rację. Z tym, że jest nas trochę więcej. Jeszcze chociażby centaury.

            Powaga z jaką Dionizy odpowiedział na jego ironiczne w sumie pytanie na dłuższą chwilę odebrała Olafowi mowę. Zupełnie nie wiedział, co powinien odpowiedzieć. Korzystając z okazji, faun postanowił dobić i tak już zupełnie zagubionego chłopaka.

            – Rozumiem, że trudno ci w to wszystko uwierzyć, ale może niech pewnym drobnym argumentem na poparcie moich słów niech będzie to, co tworzyłeś kiedy cię odwiedziłem. Chyba nigdy do tej pory nie pisałeś niczego o naturze, prawda? I chyba zgodzisz się ze mną, że trudno sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem tak sprawnie szło ci układanie opowieści?

            Zamierzony efekt został osiągnięty. Pobladły Olaf powoli spojrzał na monitor swojego komputera. Nie musiał tego jednak robić. Doskonale wiedział, że tamten ma stuprocentową rację.

            – Chcesz powiedzieć, że to twoja sprawka?

           – Bardziej mojej znajomej rusałki. Ona ma za zadanie wspierać cię w kwestii natchnienia. Ja mam być od bardziej… technicznych aspektów. Rusałki lepiej sobie radzą w tak subtelnych rodzajach magii. Na marginesie dodam, że bardzo lubią leśne rzeczki. Dobrze ci się pisało o tym strumyku, nie?

            W głowie Olafa panował tak kompletny chaos, że zupełnie nie wiedział co powiedzieć. W jednej chwili siedział sobie spokojnie, zajęty maltretowaniem wysłużonych klawiszy, co miało stanowić jakąś odskocznię od otaczającej go rzeczywistości, a w drugiej owa rzeczywistość przylała mu zupełnie zaskakującym podbródkowym tylko po to, by złapać go w locie ku glebie i z uśmiechem podać chusteczkę do otarcia krwi z przeciętej wargi. Problem polegał tylko na tym, że nie mógł być do końca pewny, czy ten kawałek szmatki nie jest nasączony chloroformem. Odzyskując powoli zdolność logicznego myślenia, począł rozważać gorączkowo wszystkie aspekty sytuacji, które przychodziły mu do głowy. Ciągle nie mógł uwierzyć, że faktycznie ma do czynienia z bajkowymi stworami, które postanowiły się upomnieć o swoje prawa. Już prędzej dopuściłby możliwość, że to jakaś mafia, terroryści albo rząd z zupełnie niezrozumiałych przyczyn postanowili na nim coś przetestować. Pewnie jakiś nowy narkotyk. Kogo tak rzeczywiście reprezentował „faun Dionizy” nie miało jednak w chwili obecnej większego znaczenia. Olaf naoglądał się zbyt wielu filmów sensacyjnych by nie wiedzieć, że jeśli odmówi „współpracy”, to prawdopodobnie będzie to jego ostatnia decyzja w życiu. Nie dość, że nikt z potencjalnych oferentów nie lubił zapewne dostawać kosza, to jeszcze pozostawianie kogoś świadomego, że odbywają się jakieś machinacje nie było zbyt bezpieczne z punktu widzenia tajemniczej organizacji. Z drugiej strony, jeśli faktycznie choć część z tego, co właśnie usłyszał była prawdą, to ma szansę na całkiem klawe możliwości. W końcu faktycznie chciał zostać pisarzem, a nie miał złudzeń jak trudno się wybić. Ta ostatnia myśl, do spółki z chęcią ocalenia życia, przeważyła szalę.

            – OK, wchodzę w to. Mam nadzieję, że przeżyję i nie będę żałować.

            – Przeżyję? No wypraszam sobie! Nie jesteśmy jakąś bandą zidiociałych goblinów, żeby zabijać wszystkich po drodze. Ale cieszę się, że podjąłeś taką decyzję. Myślę, że to początek owocnej współpracy. Skoro to mamy załatwione, to pozwolisz, że się pożegnam. W najbliższym czasie ktoś od nas skontaktuje się z tobą.

            Mówiąc to, Dionizy zarzucił z kaptur na głowę i okręcił się szybko wokół własnej osi, po czym zniknął. W ostatnim momencie poła jego długiego płaszcza uniosła się na tyle, że Olaf był w stanie zauważyć dwie grube nogi całkowicie pokryte futrem, a do tego zakończone kopytami. Zapach lasu ulotnił się równie niepostrzeżenie jak się pojawił.

            Ulica nadal była ostoją spokoju.

**

            To, co zaczęło się dziać od czasu tamtej nocy było bardziej niezwykłe od wszystkich bajek, jakie mogły wymyślić wszystkie babcie we wszystkich czasach. Olaf ledwie skończył studia, tak wiele czasu zabierało mu siedzenie przy komputerze i pisanie. Kiedy rozesłał pierwszą swoją książkę do wydawnictw, na drugi dzień nie mógł opędzić się od telefonów i maili. Ten stan zelżał dopiero wtedy (a i to nie od razu), kiedy w końcu zdecydował się na współpracę z jednym z nadskakujących mu największych wydawnictw.

            Nie to było jednak najdziwniejsze. Dionizy dotrzymał słowa i regularnie odwiedzał go dostarczając różnego rodzaju zapiski, przyprowadzając najprzeróżniejsze stwory chcące opowiedzieć swoją historię lub tez zabierając Olafa w zaskakujące miejsca. Dzięki niemu chłopak miał okazję zwiedzić miejsca w mieście, w których zamelinowały się i mniej więcej przystosowały do życia leśne, choć nie do końca baśniowe stworzenia. Był w klubach tylko dla nich i wiedział, ze nigdy nie zapomni widoku szalejącego na parkiecie centaura. Odwiedzał je w ich mieszkaniach. Bywał też w gorszych miejscach. Niejednokrotnie zdarzyło mu się znaleźć w kamienicy pełnej ćpunów, którzy mieli spiczaste uszy, dużo futra czy też emanowali delikatna poświatą. Okazywało się bowiem, że pewne schematy powtarzają się niezależnie od tego, czy dotyczyły rdzennych Indian w Ameryce, Murzynów w Afryce czy też magicznych stworzeń wszędzie.

            Nawet to nie było jednak wszystko. Fauni opiekun Olafa zabierał go również na dalsze wycieczki w odosobnione miejsca na łonie natury, gdzie niedobitki wszelkiej maści magicznych stworzeń starały się żyć zgodnie ze starymi zwyczajami. Początkowo wypuszczali się tylko na krótkie, 2-3 dniowe wypady. Później jednak, kiedy wśród magicznego podziemia rozniosła się wieść, że jest ktoś, kto opisuje jego historię, poczęli wypuszczać się również na dłuższe wojaże do bardziej oddalonych miejsc, których mieszkańcy chcieli powitać u siebie Olafa.

            Zbierając taki ogrom doświadczeń i ciągle będąc magicznie wspomaganym, Olaf nie miał żadnych problemów z tworzeniem książki za książką, ku ekstazie wydawcy. W niedługim czasie stał się również całkiem zamożnym człowiekiem, wbrew tym wszystkim, którzy narzekają, że w tym kraju nie da się zarobić ani tym bardziej wyżyć z pisarstwa. Mimo początkowych obaw ze strony „jednego z najbardziej wpływowych twórców młodego pokolenia”, jego magiczni znajomi nijak nie zamierzali ingerować w to, co robi z zarobioną kapustą.

**

            – Drodzy widzowie, dziś w naszym programie gościmy jedną z bardziej nietuzinkowych postaci sceny pisarskiej. W ciągu kilku lat sprzedał miliony egzemplarzy swoich dzieł na całym świecie. Krytycy jednogłośnie chwalą go za świetny warsztat i silne przesłanie. Przed państwem Olaf Miecznicki! Dobry wieczór panu.

            – Dobry wieczór pani, dobry wieczór państwu.

            – Panie Olafie, za miesiąc ma ukazać się pana najnowsza książka pod tytułem „Dom”. Czy mógłby pan nam zdradzić, co w niej znajdziemy?

            – Oczywiście że nie, bo wtedy byście jej państwo nie kupili, hehehe. Mogę natomiast powiedzieć, że będzie nieco odbiegać od tego, do czego przyzwyczaiłem swoich czytelników. Mniej będzie natury, więcej relacji, hm… międzystworzeniowych.

            – No właśnie. Swoimi bohaterami zawsze czyni pan baśniowe stworzenia, które wszyscy doskonale znamy. Czyli rozumiem, że tym razem będzie podobnie?

            – Oczywiście. Jestem tradycjonalistą. Nie lubię zmieniać czegoś, co nieźle funkcjonuje. Muszę jednak się przyznać, że tym razem skupiłem się właśnie na nich, na tym jak outsiderzy mogą postrzegać otaczający ich świat. Mam wrażenie, że potrzebowałem, że tak to ujmę… wyjścia z lasu.

            – Czyli obrońcy środowiska naturalnego, wśród których ma pan szerokie grono wiernych odbiorców mogą się poczuć nieco odstawieni na boczny tor?

            – Och, nie posuwałbym się do aż tak mocnego stwierdzenia. Po pierwsze, moje poglądy nie zmieniły się ani o jotę, więc w żadnym wypadku nie opuszczam pozycji proekologicznych. Po drugie, to że zmieniają się akcenty, nie oznacza, że coś całkowicie zanika.

            – Rozumiem, sadzę, że to uspokajające dla wielu naszych widzów. Jeśli chodzi o następne pytanie, to często je pan słyszy, więc nieco obawiam się go zadawać. Muszę jednak to zrobić, w nadziei, że powie pan coś więcej niż zazwyczaj. Więc dlaczego skrzaty, wróżki, rusałki, fauny? Skąd pomysł, by uczynić je swoimi bohaterami?

            – Tak też sądziłem, że nie uniknę odpowiedzi na to pytanie. Mogę jednak powiedzieć pani tylko to, co już wcześniej mówiłem wiele razy. Uważam, że są świetną metaforą. Poprzez zastanowienie się nad nimi i tym, jak czułyby się w naszym dzisiejszym świecie możemy spojrzeć na to, co z nim uczyniliśmy. Zanieczyściliśmy powietrze, wycięliśmy lasy, zajęliśmy tak wiele przestrzeni, dyskryminujemy siebie nawzajem bo jednych jest więcej a innych mniej. Moja twórczość to próba postawienia sobie pytania o to, dlaczego tak się stało i co możemy zrobić, żeby odwrócić ten strasznie niebezpieczny proces prowadzący nas prosto ku samo destrukcji. A poza tym, może te wszystkie baśnie mówiły prawdę i elfy naprawdę istnieją?

            – Rzeczywiście, nie dał się pan sprowokować. Ale myślę, że to o czym pan mówi jest niezwykle ważne. Dziękuję za rozmowę. Moim i państwa gościem był Olaf Miecznicki. A my wracamy po przerwie.

**

            Dom był bardzo spory. Nawet za bardzo jak na potrzeby kawalera w średnim wieku. Jednak kawaler ten miał więcej pieniędzy niż pomysłów na ich wydawanie. Duży dom był sposobem równie dobrym jak każdy inny.

            Siedział teraz ów mężczyzna w fotelu stojącym przed kominkiem wystarczających gabarytów, by nie czuł się pokrzywdzony w stosunku do budynku. Oczywiście, gdyby kominki mogły czuć. W dłoni Olafa znajdowała się szklanka whisky do połowy pusta, bo pierwszą połowę jej objętości zdążył już wypić. On tez znajdował się w tym miejscu jakby w połowie, bo nieobecne spojrzenie sugerowało, że myślami jest gdzieś bardzo daleko. Może przy jakiejś wymarzonej drugiej połówce, której jakoś nigdy nie udało mu się spotkać w czasie swojego intensywnego życia. A może spotkać się udało, tylko zauważyć już niekoniecznie? Właściwie było to już bezprzedmiotowe rozmyślanie, więc zajął się tą połówką, którą miał. Połówką whisky.

            Za sobą usłyszał nagle kroki, stłumione przez gruby dywan leżący na podłodze w salonie. Zacisnął mocniej zęby, zbierając się w sobie by wstać i odwrócić się do tego, kogo spodziewał się zobaczyć. A później, by powiedzieć mu to, co kiełkowało w głowie pisarza od pewnego już czasu. W końcu wygrał z grawitacją.

            – Witaj, Dionizy.

            – Dobry wieczór, Olafie. Jak się czujesz? Dość dawno nic od ciebie nie dostaliśmy.

            Jeśli czegoś Olaf się nauczył przez te wszystkie lata, to tego, że faun nigdy nie owijał w bawełnę ani się nie rozwlekał. Zawsze przechodził od razu do sprawy, z którą się zjawił.

            – Wiem, że nie dostaliście, bo nic nie napisałem. Co więcej, nic już nie napiszę. Cieszę się, że się dziś zjawiłeś, bo od jakiegoś czasu chciałem ci to już powiedzieć. Nie mam już siły. Chcę spróbować w życiu czegoś innego, a nie tylko ślęczeć nad kolejnymi książkami. Już nie mogę. Dobija mnie to.

            – Nie mogę powiedzieć, żebym był zaskoczony. Spodziewaliśmy się czegoś podobnego już od jakiegoś czasu. Ale nie przyszedłem do ciebie, żeby cię przekonywać i na siłę zmuszać do tworzenia. Nic z tych rzeczy. Wręcz odwrotnie. Celem mojej dzisiejszej wizyty było powiedzenie ci, że już nie będziemy potrzebowali twoich usług. Dziękuję ci za wszystko w imieniu całej naszej społeczności. Dzięki tobie nie byłoby możliwe, to co osiągnęliśmy.

            Słowa Dionizego poraziły Olafa. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że koniec dotychczasowego życia będzie wyglądał w ten sposób. Przez te dwadzieścia z hakiem lat przyzwyczaił się do myśli, że jest tym stworzeniom niezbędny, że jest kimś w rodzaju ich rzecznika, łącznika z „realnym” światem, bez którego byliby skazani na zagładę. A tu nagle faun w chłodnych i opanowanych słowach komunikuje mu, że „nie potrzebują już jego usług”. Spodziewał się zaskoczenia, paniki, błagań, przekonywań i nie wiadomo czego (a szczerze mówiąc nawet na nie liczył, jako że wykształcił w sobie dość sporo próżności), a dostał tylko pełną rezerwy obojętność.

            – I… to tyle? Co niby osiągnęliście?

            – Tak, to tyle. A to, że twoje książki znajdują się na każdym kontynencie, w prawie każdym państwie, w większości miast, czyli niemal na całym świecie.

            – A po co wam to było…?

            Olaf zupełnie nie wiedział co się dzieje. To już nie był ten sam ironiczny, nieco złośliwy, ale w gruncie rzeczy miły faun. Teraz stal przed nim Faun. Rysy jego twarzy jakby jeszcze się pogłębiły na skutek cieni rzucanych przez ogień w kominku. Spojrzenie iskrzyło nie gorzej od przewracających się właśnie bierwion. Przestał się garbić jak robił to do tej pory i nagle okazało się, że jest znacznie wyższy. Jego postać rzucała długi cień kładący się mrocznie na prawie całej długości salonu… A najgorszy był grymas rozlewający się mu po obliczu w miarę jak wypowiadał kolejne słowa.

            – Ty naprawdę nic nie podejrzewałeś przez te wszystkie lata? Niczego się nie domyślałeś, nic nie wydawało ci się podejrzane? Serio jesteś aż tak głupi? Chyba nie uwierzyłeś w to, że naszym jedynym celem jest wciskanie ludziom tych ckliwych bajeczek o sielankowych lasach i smutnych rusałkach? Jakoś chyba nie przełożyły się na zmianę naszej sytuacji?

            Olaf stracił mowę zupełnie jak wtedy, kiedy Dionizy odwiedził go po raz pierwszy. Rzeczywiście, nigdy jakoś nie zastanawiał się nad tym. A może nie chciał się zastanawiać? Nie ulegało wątpliwości, że opowieści, które spisywał dzięki kontaktom z magicznym światem raczej na niewiele się zdały w kontekście ewentualnych zmian. Ludzka mentalność jest bardzo trudna do zmiany. Wszyscy z entuzjazmem zaczytywali się w jego powieściach pełnych nawoływań do ochrony przyrody, zaprzestania dyskryminacji i innych tego typu szczytnych haseł, po czym wracali do swoich codziennych zajęć i przyzwyczajeń, nie zmieniając nic. Poza deklaratywne poparcie wychodziły tylko grupy zmotywowanych ekologów (nazywanych też czasami ekoterrorystami), ale oni działaliby i bez niego. Wobec nagłego postawienia oko w oko z brutalnymi prawdami ujawniającymi bezsens tego, czym zajmował się przez całe życie, zupełnie nie wiedział co powiedzieć.

            – Widzę, że rzeczywiście nie masz o niczym pojęcia. Niech będzie zatem, że cię uświadomię. Co prawda każdy czarny charakter, który zaczyna opowiadać o swoich motywach i działaniach bohaterowi w końcu przegrywa, ale sądzę, że bezpiecznie można założyć, że nie zdążysz w kilka minut obiec całego świata. Słuchaj zatem.

            Nie jesteśmy takimi idiotami, za jakich najwyraźniej nas masz. Nie łudziliśmy się, że trochę pięknej literatury odmieni nasz los. Należało jednak dopuścić taką nieprawdopodobną możliwość dla samego porządku, dlatego na serio przykładaliśmy się, żebyś miał co opisywać. Prawda jednak wygląda tak, ze nasz cel od zawsze był inny. Chyba nie spodziewałeś się, że tylko po to żeby dostarczyć wam rozrywki, sami przyczynimy się do wycięcia hektarów lasu? Zdecydowaliśmy się na to poświęcenie, żeby dostarczyć trochę magii do każdego domu, w którym jest egzemplarz którejś z twoich książek. Wiele naszych braci i sióstr zgodziło się na poświęcenie swoich długich żyć po to, żeby ich moc przeszła do tych drzew, z których robiony był papier na twoje książki. Baśniowe stworzenia na całym świecie połączyły siły w tym desperackim wysiłku. Wy przynieśliście ogień i zniszczenie do naszych domów, dlatego my przynieśliśmy do waszych odnowę.

            Kiedy Faun wypowiadał ostatnie zdanie, Olaf zauważył, że z półki, na której ustawiona była cała kolekcja jego dzieł, zaczyna emanować jakaś zielonkawa poświata. Kiedy przerażony przypatrzył się bliżej, zobaczył pierwsze delikatne listki wyrastające wprost z kartek.

**

            Teraz nie było już ulicznej oazy spokoju w mieście. Cała puszcza pokrywająca to, co kiedyś ową metropolią, stanowiła bastion niczym nie zmąconego spokoju. Ludzie nie sprejowali już swych hieroglifów na murkach. Za to psy nadal sikały na drzewa.

Kraków, styczeń-luty 2015

Reklamy

4 thoughts on “Olaf i Dionizy, czyli historia pewnej umowy (opowiadanie)

    1. Też lubię porządek, więc jestem w stanie zrozumieć;) Obiecuję, że następnym razem postaram się wszystko jak należy zorganizować – od pierwszej części ;)

      Lubię to

  1. Lubię baśniowe klimaty i tego rodzaju odjechane fantazje. Dlatego podoba mi się także Bar i Król II, które traktują również o miłości. Ale czuję, że Król II jest drugą częścią czegoś;) Chętnie zapoznałabym się z pierwszą częścią, czyli chyba Królem I, może nie tylko ja;) Aha, Modlitwa natomiast jest dla mnie bardzo prawdziwa, poważna. Generalnie, masz możliwości, więc korzystaj z nich:)

    Lubię to

    1. Miło taki pozytywny feedback dostać :) Jeśli chodzi o „pierwszą część” Króla, to jest ona autorstwa kogoś innego, nie mam jej w swoim posiadaniu, a z różnych względów niestety nie ma takiej możliwości, żebym się zapytał o to, czy mógłbym ją tutaj opublikować ;)

      Lubię to

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s