Bar (opowiadanie)

Ta noc była zupełnie inna od wszystkich, które dane mu było przeżyć do tej pory. W pewnym przynajmniej sensie, ponieważ pod pewnymi względami niczym się jednak nie różniła od całej reszty imprezowych okazji. Największym zaskoczeniem, zwłaszcza dla niego samego było to, że zdecydował się samotnie wybrać na miasto żeby powłóczyć się klubach i barach. Zawsze wydawało mu się, że robią tak tylko ci, którzy nie mają z kim się bawić i skazani są na samotność czy też jakieś przygodne znajomości. Sam niejako potwierdził tę tezę, jako że akurat nikt ze znajomych nie miał ochoty się z nim wybrać. Postanowił się jednak przełamać i sprawdzić, czy jest w stanie dobrze się bawić bez towarzystwa.

            Spacerował więc po brukowanych uliczkach krakowskiego Starego Miasta, z zainteresowaniem przyglądając się mijanym ludziom. Większość pogrążona była w pewnego rodzaju transie, w jakim znajdują się mniej lub bardziej pijani ludzie w środku clubbingu. Wszędzie dokoła było głośno: piskliwe śmiechy podchmielonych panien mieszały się ze sztucznie pewnymi siebie niskimi głosami facetów chcących zaciągnąć je do łóżka. Promotorzy i naganiacze zaczepiali kolejne grupki i z wesołością nie sięgającą ich oczu próbowali przekonać je o tym, że akurat w klubie, w którym pracują będzie dziś najlepsza impreza w mieście. Do ogólnej kakofonii dołączali się uliczni grajkowie, którzy mimo coraz późniejszej pory wciąż starali się zarobić na dzisiejsze picie. Intensywność rozbuchanych doznań zwiększały jeszcze migoczące światła wydobywające się z niemal każdej bramy i elektronicznych szyldów, konkurujące między sobą jasnością i krzykliwością, które miały przyciągnąć uwagę jak największej ilości osób wciąż jeszcze nie wiedzących gdzie szukać szczęścia.

            W końcu i ów samotny wędrowiec zdecydował się na któryś z lokali. Co prawda musiał wcześniej wstąpić na kilka głębszych do pijalni wódki, żeby zdobyć się na odwagę, w końcu jednak mężnie ruszył schodami w dół, pogrążając się w otchłani dymu, oparów alkoholu, zagęszczającego powietrze basu i ludzkiego potu.

            Kursował między kolejnymi pomieszczeniami klubu, trzymając kufel piwa przed sobą niczym tarczę. Obserwował różne ładne dziewczyny, jednak każda z nich miała już swojego „adoratora” albo też nie oddalała się od grupy, z którą przyszła. Na parkiecie z kolei panował taki tłok i ścisk, że od razu zrezygnował z tańczenia.

            Kolejne godziny mijały nieubłaganie, a w jego sytuacji nic się nie zmieniało. Poza oczywiście tym, że portfel miał o wiele chudszy, a jedynym co zyskał w zamian za te wszystkie pieniądze był rozdwajający się coraz bardziej obraz. Właśnie wyszedł z kolejnego klubu, który był położony nieco na skraju imprezowego centrum miasta. Nie zwracał jednak uwagi na to, że stale oddala się od świateł i hałasu wchodząc w coraz ciemniejsze i coraz ciaśniejsze uliczki. Pozwalał nieść się swoim nogom, a myślom dryfować w nieznanych kierunkach. Mijał kolejne kamienice patrzące na niego z politowaniem oczami swych niewyremontowanych okien, pogrążał się w cieniu, niepostrzeżenie znikając w otchłani ciemności, a nie było nikogo, kto zainteresowałby się losem podchmielonego nieznajomego.

            On sam patrzył na ściany mijanych budynków, jednak spojrzenie miał tak nieobecne, jakby widział, ale niczego nie dostrzegał. Po pewnej chwili takiego dryfu jego wzrok spoczął na niepozornym drewnianym szyldzie, delikatnie kołysanym przez nocny wiatr. Kunsztownie namalowane litery układały się po prostu w słowo „Bar”. Nie było niczego, co mogłoby przyciągnąć uwagę potencjalnych klientów. Żadnego oświetlenia, żadnych głośników drących się na całą ulicę, żadnych zmarzniętych promotorów wciskających przechodniom ulotki. Jedynie z okien wydobywał się na ulicę nikły blask słabych żarówek, które najwidoczniej oświetlały wnętrze. Robiły to jednak na tyle niemrawo, że trudno było z zewnątrz zobaczyć cokolwiek.

Jeszcze godzinę czy dwie temu nawet by nie zwolnił, a prawdopodobnie w ogóle by nie zauważył, że mija jakiś lokal. Teraz jednak powoli zaczynał przyznawać się do porażki i w związku z tym poczuł ochotę na jakieś spokojne miejsce, w którym będzie mógł chwilę posiedzieć i zastanowić się co dalej z tą nocą. Gdyby był trochę trzeźwiejszy to prawdopodobnie przez głowę przeszła by mu myśl, że wkracza do jakiejś mordowni, ale w stanie, w jakim się znajdował nie przejmował się takimi detalami.

Po wejściu przez drzwi okazało się, że tym razem brak instynktu samozachowawczego wyszedł mu chyba na dobre, ponieważ wiele można było powiedzieć o tym miejscu, ale na pewno nie to, że jest speluną. Owszem, światła nie było za wiele, bo poza słabo święcącymi żarówkami w niewielkich żyrandolach jedyne jego źródło stanowiły pojedyncze, dopalające się już świeczki poustawiane pojedynczo na stolikach. Z tego też powodu kąty dość sporego pomieszczenia pozostawały w permanentnym cieniu, chyboczącym się wraz z ognikami świec. Ściany w całości wyłożone były ciemną drewnianą boazerią, dość bogato zdobioną. Bliższe się jej przyjrzenie sugerowało jednak, że skąpe oświetlenie mogło być świadomym zabiegiem właścicieli tego miejsca, jako że dostrzec można na niej było dość wyraźne ślady, które odcisnęło na niej wiele lat bez renowacji. Podobne, nieco sfatygowane, wrażenie sprawiały również fotele, kanapy i stoliki. Wszystkie siedzenia obite były tą samą, ciemnoczerwoną skórą, na której w wielu miejscach widać było ślady po papierosach, rozcięcia czy plamy. Wszystkie drewniane elementy również nosiły ślady zadrapań lub delikatnie ścierającej się farby.

Całe pomieszczenie miało kształt dość sporego prostokąta. Pod jedną z jego dłuższych ścian rozmieszczone były loże, odgrodzone od siebie niewielkimi przepierzeniami. Każda z nich oświetlona była głównie światłem świeczki, jako że trzy niewielkie żyrandole wisiały nad centralną częścią sali, gdzie poustawiane były fotele ze stolikami. Pod ścianą naprzeciw lóż znajdowały się kanapy poustawiane tak, że również tworzyły swego rodzaju zamknięte przestrzenie. Wejście od ulicy znajdowało się mniej więcej pośrodku jednej z krótszych ścian, a naprzeciw niego, w głębi, znajdował się bar, który był chyba najjaśniejszym punktem całego lokalu, jako że każda znajdująca się za nim na półkach butelka alkoholu miała swoje podświetlenie.

Tajemniczości całemu temu miejscu dodawały kłęby dymu tytoniowego, których o tej porze było już całkiem sporo. Wydawało się to zrozumiałe, jako że na każdym stole znajdowała się słusznych rozmiarów popielniczka. Wszystkie one miały ten sam okrągły kształt i sprawiały wrażenie bardzo masywnych, jako że wykonano je z jakiegoś metalu, a nie ze szkła czy plastiku jak większość klubowych popielniczek w Krakowie.

Najważniejszej części każdego baru – czyli gości – nie było zbyt wielu. Siedzieli w niewielkich grupkach dość daleko od siebie i nie zajmowali nawet połowy dostępnych miejsc. Rozprawiali o swoich sprawach z dużym zaangażowaniem, paląc jednego papierosa za drugim. Mimo widocznej gestykulacji i żywej mimiki każących się spodziewać dość głośnych rozmów, trudno było nowemu klientowi wyłapać coś więcej niż pojedyncze słowa z prowadzonych konwersacji. Co więcej, nawet jak na tą niewielką ilość osób miał ogólne wrażenie zaskakującej ciszy i spokoju panujących w tym miejscu.

Sama aparycja klienteli była równie nietypowa jak cały ten pub. W prawie zupełnej większości byli to mężczyźni w sile wieku, z których każdy miał co najmniej marynarkę, a niektórzy założyli nawet całe garnitury. Krawat wśród nich stanowił zupełną pospolitość, a nieodosobnieni byli posiadacze mniej lub bardziej finezyjnych much. Zadbane fryzury i brody mogłyby wpędzić w kompleksy XIX-wiecznych gentlemanów, a figury wymagające stałych ćwiczeń zmuszały do ponownego rozważenia argumentów głosicieli zgubnego wpływu palenia tytoniu na kondycję fizyczną. Będąc chyba najmłodszym w tym gronie, przypadkowy gość poczuł się trochę nieswojo ze swoim brzuchem coraz śmielej wystającym ponad paskiem od spodni.

Na szczęście dotarł do lady baru, więc mógł zawrócić swe myśli z tych niebezpiecznych torów, a skierować je na barmana i jego pytające spojrzenie.

– Poproszę Jacka Danielsa na lodzie. – Odezwał się dość nieśmiałym tonem, chociaż ten, do którego były skierowane jego słowa nie prezentował się zbyt okazale na tle gości. Barman był dość niski i raczej chuderlawy. Trudno było orzec, kiedy ostatni raz jego włosy spotkały się z grzebieniem, ale prawdopodobnie znalazłoby się wielu takich, którzy obstawialiby na okolice poprzedniej dekady. Chociaż sprawiał wrażenie jednej ze starszych osób na sali, to jednak był gładko ogolony, co uwidaczniało jaką miał chudą i pociągłą twarz, w dodatku ze sporą ilością zmarszczek przywodzących na myśl wszystkie utrapienia, jakie musiał w życiu znieść. Biała koszula z podwiniętymi rękawami i czarna kamizelka wisiały na nim tak, jak gdyby były co najmniej o numer za duże. Pewne ruchy, z jakimi zabrał się do przygotowania zamówienia, zdradzały wieloletnią wprawę, jednak zupełnie pozbawione były tej błyskotliwej finezji, jaką mogą się popisać ci najlepsi klubowi barmani. Jedynym powodem, dla którego trudno było się z miejsca uznać za lepszego od tego leciwego mężczyzny, któremu nigdy nie udało się wydostać zza baru, było jego szokująco głębokie spojrzenie błękitnych oczu. Wydawało się, że po jednym rzucie oka ten człowiek wie wszystko o swoim kliencie, więcej nawet niż on sam o sobie. Nie pozwalało to poczuć się swobodnie w jego obecności, tak jak trudno jest się odprężyć przy kimś, kto zna nasz wstydliwy sekret. Kiedy chłopak wyciągnął portfel aby zapłacić za drinka, barman tylko pokręcił głową i powiedział:

– Spokojnie, zapiszę to na pana rachunek, a zapłaci pan przy wyjściu. – Głos tego zagadkowego mężczyzny również nie pozwalał zachować spokoju ze względu na swoje niskie, a zarazem ciepłe brzmienie, które poruszało nawet te najbardziej skrywane obszary umysłu.

– D-dobrze, dziękuję. – Chłopak był tak zaskoczony tą postacią, która właśnie zaserwowała mu alkohol, że nie zdołał zapanować nad delikatnym załamaniem głosu. Miał tylko nadzieję, że wyszedł na mniej zdezorientowanego niż był w rzeczywistości.

Mimo sporej ilości wolnych miejsc, nie chciało mu się schodzić z barowego stołka, na którym usiadł czekając na whiskey. Odprowadził tylko wzrokiem barmana na zaplecze, a później odwrócił się przodem do sali, opierając łokcie o blat lady i trzymając w dłoni szklankę z trunkiem.

Kiedy upił już kilka łyków zauważył innego mężczyznę siedzącego kilka stołków od niego. Zdziwił się bardzo, bo dałby sobie głowę uciąć, że kiedy podchodził do baru to nie było przy nim nikogo, a nikt też nie podszedł po nim. Mimo tych wątpliwości fakt pozostawał niezaprzeczalny – niedaleko niego siedział jeden z bardziej oryginalnych jegomościów w tym barze.

Miał lekko posiwiałe już włosy, o nieco większej niż standardowa długości. Mimo widocznego wieku nie dało się dojrzeć najmniejszych śladów łysienia, a tylko delikatne fale spływające mniej więcej do karku. Również zarost twarzy miał dość bujny, jednak widać było, że przywiązuje sporą wagę do regularnego przystrzygania brody, spod której wyzierała mu zawiązana na szyi jedwabna apaszka w ciemnozielonym kolorze. Odcinała się od niej biała koszula pod ciemnobrązową wełnianą marynarką w delikatną piaskową kratę. Starszy pan miał na sobie również beżowe spodnie podtrzymywane przez szelki pasujące kolorem do zamszowych półbutów. Całości dopełniała pastelowo błękitna poszetka. Kiedy ów strojniś sięgał po swoją szklankę, chłopak zauważył, że mankiety koszuli tego mężczyzny spinane są złotymi spinkami w kształcie naboi. Zdziwił się tym bardzo, ponieważ sam od jakiegoś już czasu marzył o spinkach z takim właśnie motywem, jednak nigdzie nie był w stanie ich upolować.

Tamten musiał chyba zauważyć zaciekawione spojrzenie, bo uśmiechnął się do młodego i powiedział:

– Co tam, dzieciaku, podobają ci się moje spinki?

– Nooo tak, proszę pana. Sam poluję od jakiegoś czasu na podobne, ale jakoś bezskutecznie. – Był z siebie dumny, że tym razem zdołał zapanować nad swoim głosem. To miejsce nie przestawało go zaskakiwać.

– Jakie proszę pana! Mów mi Olaf.

– O, ja też mam tak na imię. Miło mi poznać. – kolejna fala zaskoczenia wywołana identycznymi imionami szybko ustąpiła miejsca naturalnej podejrzliwości wobec stereotypowego starszego pana, który w ramach kryzysu wieku średniego i większego niż zalecane stężenia alkoholu we krwi, postanowił zbratać się z kimś zdecydowanie młodszym od siebie, ażeby samemu przypomnieć sobie młodzieńcze lata. Jeśli jednak młody Olaf spodziewał się wylewnej bezpośredniości ze strony starszego Olafa, to po raz kolejny został zaskoczony przez okoliczności.

– Mi również, chociaż mam wrażenie, że to nie jedyna rzecz, która nas łączy – powiedział z zagadkowym uśmiechem starszy. – Pozwolisz, że będę zwracał się do ciebie „junior”? Jakoś dziwnie mi chyba mówić do Ciebie moim imieniem…

– Spoko. Ale pozwolisz, że ja nie będę mówił do ciebie „senior”? – Tą drobną uszczypliwością młodszy chciał pokazać starszemu, że nie da się traktować protekcjonalnie ze względu na różnicę wieku. Kolejny raz jednak nie nastąpiła taka reakcja jakiej się spodziewał, ponieważ starszy nie podjął zaczepki, tylko znów uśmiechnął się trochę zagadkowo, a trochę smutno i pokiwał głową. – W ogóle, dlaczego sądzisz, że będziemy rozmawiać na tyle długo, żeby warto było ustalać takie rzeczy jak to jak się do siebie zwracać?

– Po pierwsze, zawsze dobrze jest dogadać tego rodzaju szczegóły, żeby czuć się swobodnie w rozmowie. Po drugie, wiesz chyba, że przypadkowe spotkania nocą mogą trwać zaskakująco długo? No i po trzecie – nie wyglądasz jakbyś się miał do kogoś lub do czegoś śpieszyć, więc równie dobrze możemy trochę pogadać, czyż nie? – Ostatnim zdaniem starszy trafił dość celnie, więc młodszy zareagował w zgodzie ze swoim wiekiem, czyli impulsywnie.

– Skąd pewność, że mam tyle czasu ile myślisz?

– Och, czyż to nie oczywiste? Przyszedłeś sam i byłeś wstawiony, czyli albo twoi znajomi wrócili już do domów, a ty jesteś niedobitkiem i nie wiesz co ze sobą zrobić, albo nie udało ci się poderwać dziś nikogo i tylko coraz bardziej się upijałeś w kolejnych klubach, co też powoduje, że nie wiesz teraz co ze sobą zrobić. Osobiście stawiałbym na tą drugą opcję. Z kolei jeśli ktoś czeka na ciebie, to raczej nie chcesz się jej pokazać w takim stanie.

– Jesteś zaskakująco pewny swojej opinii – powiedział młodszy nieco urażonym głosem, co jednoznacznie wskazywało, że starszy ma dużo racji.

– Jasne, że jestem, sam miałem podobnie w Twoim wieku.

– Naprawdę? To w twoich czasach też były imprezy?

– Mówiliśmy o nich raczej prywatki albo dansingi, ale co do swojej istoty zabawa pozostaje zabawą. Tak czy inaczej, też się po nich włóczyłem bez celu, często samotnie. – Starszy wypowiedział te dwa zdania zastanawiająco melancholijnym tonem. Wbił spojrzenie w jakiś nieistniejący punkt i sięgnął do kieszeni marynarki. Z wydobytej paczki papierosów wyłuskał jednego i zapalił ładnie zdobioną benzynową zapalniczką. Popatrzył na młodszego jakby się wahał, ale w końcu wyciągnął w jego stronę rękę z otwartą paczką. Młodszy się poczęstował. – Już palisz, co junior?

– Dlaczego już? Mam dwadzieścia trzy lata, a palę od niecałych dwóch. Większość moich znajomych palaczy zaczynała w liceum.

– Jak będziesz miał tyle lat co ja, to też będziesz myślał, że to „już”.

Po tych słowach na jakiś czas pogrążyli się w ciszy, kontemplując smak dymu i kształty wydychanych chmur, które rozmywały się w siwym powietrzu tego miejsca. W pewnej chwili pojawił się barman i bez słowa nalał im kolejne drinki, a oni w ciszy obserwowali go przy tej czynności. Swoimi nieco zamroczonymi zmysłami młodszy zarejestrował, że odkąd siedzi przy barze żaden z gości nie podszedł, żeby coś zamówić. Miał wrażenie, że jego myśli wpadły do beczki ze smołą i po wydostaniu się z niej próbują biec, ale z każdym krokiem tylko zwalniają coraz bardziej i przyklejają się do podłoża. W końcu jednak udało mu się sformułować pytanie, którego mgliste wyobrażenie kołatało mu się w głowie od jakiegoś czasu.

– Ale w takim wypadku co ty tutaj robisz? Na ciebie też nikt nie czeka? – Nie przejął się zbytnio tym, że pośrednio przyznał, że starszy miał rację w swoich podejrzeniach.

– Ano nie. Nigdy się nie ożeniłem. – Teraz oprócz melancholii w głosie starszego dało się wyczuć smutek. – Tak jak ci mówiłem, włóczyłem się po tych wszystkich imprezach w poszukiwaniu jakiegoś ideału, personalizacji wyobrażenia, które miałem. Te starania oczywiście skazane były na porażkę. Z drugiej strony myślę, że uciekałem w ten sposób od prawdy.

– Jakiej prawdy? – Młodszy autentycznie zainteresował się wynurzeniami starszego, chociaż nigdy nie podejrzewał, że takie rzeczy mogą go zaciekawić. Od początku odczuwał jakieś dziwne podobieństwo do tego zagadkowego człowieka, dlatego też dość łatwo wczuł się w to, co on mówił.

– Takiej prawdy, junior, że dobrze wiedziałem kim jest i gdzie się znajduje mój ideał. Mimo to nie potrafiłem się przełamać, żeby spróbować ją zdobyć. Zawsze, kiedy znajdowałem się blisko niej to zamierałem niczym ten słup soli. Język mi kołowaciał i waliłem jedną gafę za drugą. Z czasem byłem w stanie z nią w miarę normalnie rozmawiać, ale to był szczyt moich możliwości. Nigdy nie odważyłem się posunąć choć odrobinę dalej. – Starszy jakby się przygarbił mówiąc te słowa, a dłonie poczęły mu się trząść tak, że miał trudności ze skiepowaniem niedopałka w popielniczce. Młodszy z kolei poczuł ciarki na plecach i motyle w brzuchu, bo jego rozmówca powiedział coś, do czego sam przed sobą nie przyznawał się od długiego już czasu: że ciągle nie potrafi oderwać się od myśli o pewnej Karolinie. Co więcej, do opisania swoich kontaktów z nią mógłby użyć dokładnie tych samych słów.

– I tyle lat żyjesz tym… wyobrażeniem?

– Owszem. Nie potrafiłem nigdy pójść dalej, zawsze sobie wyrzucałem, że wtedy nie odważyłem się na więcej przy… Karolinie. – Młodszy z wrażenia upuścił szklankę. Szczęśliwie była już pusta, więc tylko rozprysła się po podłodze tysiącem kawałków. Wszyscy wkoło spojrzeli na niego nieprzychylnie, on jednak nie zdawał sobie z tego sprawy, zasłuchany w słowa starszego. – Całe moje życie polegało później na rekompensowaniu sobie tamtej słabości. Jak pewnie się domyślasz zdobyłem naprawdę sporo pieniędzy. Przez moje łóżko przewinęło się wiele pięknych kobiet, jednak będąc z każdą z nich mogłem myśleć tylko o twarzy Karoliny, jej ciepłym uśmiechu i tym, jak byłoby nam razem dobrze.

– Moja… mój ideał też ma na imię Karolina… – nie wiedział na ile jego szczerość powodowana jest alkoholem, a na ile otwarciem się starszego. Zapewne oba te czynniki jakoś ze sobą współgrały, zwłaszcza wobec tego, że ciągle miał ważenie, jak gdyby tamten wyjmował mu słowa z głowy. Postanowił spytać go o coś, co nurtowało go od dłuższego już czasu:

– A nie myślałeś, że może ta Karolina w rzeczywistości była zupełnie inna od tego, jak ją sobie wyobrażałeś?

– Jasne, że myślałem. Często tak sobie właśnie racjonalizowałem to, że nie wykonuję względem niej żadnych ruchów. Wiesz jednak co ci powiem? Sto razy bardziej wolałbym zdobyć się na zbliżenie do niej i zniszczenie moich pięknych wyobrażeń, niż żyć wśród niezrealizowanych marzeń. Gdybym się przełamał to mogłem zyskać partnerkę na całe życie. Jasne, równie dobrze wszystko mogłoby się szybko posypać, ale wtedy przynajmniej miałbym satysfakcję, że spróbowałem. Tym bardziej, że brakiem działania nie dało się spowodować, żebyśmy byli ze sobą. Przegrałem wszystko nawet nie podejmując gry. Zostało mi tylko złudne marzenie o nagrodzie. Marzenie tak silne swoim niespełnieniem, że nie pozostawiało miejsca dla innych marzeń, innych nagród.

Olaf siedział, nie wiedząc co powiedzieć. To, co słyszał od starszego Olafa równie dobrze mogłoby być jego własnymi słowami wypowiedzianymi do tamtego. Zastanawiał się, czy to on miał tak dojrzałe przemyślenia, czy też starszy tak bardzo zafiksował się w młodzieńczej miłości, że pod pewnymi względami od tamtego czasu nie rozwinął się ani trochę. Po chwili milczenia, w której to tym razem młodszy wyciągnął papierosy, starszy kontynuował.

– Jeślibyś przysiadł się do kogokolwiek w tym barze, mógłbyś usłyszeć tę samą historię. Przynajmniej co do istoty. Widzisz, wszyscy ci mężczyźni na którymś etapie swojego życia nie odważyli się na coś. Jedni, tak jak ty i ja, nie odważyli się sięgnąć po marzenia. Inni nie zdobyli się na obronę tego, co wywalczyli. Jeszcze inni nie doceniali tego co mieli i lekkomyślnie pozbyli się najcenniejszych rzeczy w życiu. Są w końcu i tacy, którzy zawsze szli przez życie szybko i zdecydowanie, nie zauważając innych. W końcu lata zmusiły ich do zwolnienia i okazało się, że nie mają wokół siebie nikogo, kto by ich podtrzymał teraz, kiedy ich kroki nie są już tak pewne. Wszyscy oni siedzą tutaj i z animuszem perorują o kolejnych przeszłych, teraźniejszych i przyszłych sukcesach. Każdy wie, że to o czym mówi jest zupełnie jałowe. Każdy też wie, że to o czym mówią inni jest zupełnie jałowe, ponieważ nie mają z kim albo nie potrafią się z nikim prawdziwie podzielić tym, co przeżywają. Pozostali im tylko tacy sami jak oni kumple od kieliszka, którzy rozumieją ich doskonale, ponieważ sami coś przegapili w życiu, ale w żaden sposób nie potrafią się przejąć ich słowami, bo tak mocno zamknięci są we własnym cierpieniu. Ten swój ból obudowali fałszywym pancerzem wyimaginowanej siły niezdrowego wzorca męskości, który każe im wytykać sobie nawzajem najmniejsze nawet potknięcia i słabości. Gdyby zauważyli, że wziąłeś Jacka Danielsa, i to z lodem, to orzekliby, że jesteś cipą, bo kto inny mógłby pić takie perfumy? Nie daj Boże, żebyś nieopatrznie wyciągnął przy nich swoją paczkę slimów, pogrzebaliby cię śmiechem. Wiesz już na czym polega ich tragedia?

Młodszy słuchał starszego z coraz większym przerażeniem. Miał wrażenie, że ściany i stoły poczynają lekko falować, ale złożył to na karb gęstego dymu. Wydawało mu się też, że spojrzenia wszystkich w zasięgu wzroku są coraz bardziej puste i matowe. Ubrania nie wydawały się już takie dobre i tak jakby gdzieniegdzie pojawiały się pojedyncze fałdki tłuszczu czy też niesforne kosmyki psujące dopracowane fryzury. Starszy jakby nieco zapadł się w sobie, a jego cera zrobiła się trochę ziemista. Wyciągnął z kieszeni portfel i rzucił młodszemu.

– Masz. Zapłać za nas dwóch, a ja idę do łazienki.

Olaf byłby zaskoczony takim wyrazem zaufania, gdyby cała ta noc nie była jednym wielki zaskoczeniem. Drżącymi rękoma otworzył portfel starszego. Zanim jeszcze znalazł w nim pieniądze, naprzeciw niego zmaterializował się barman jak gdyby wyczuwał ich zapach. Wyczekująco patrzył na młodszego, jednak nie sprawiał wrażenia, że zależy mu na kasie. Olaf ponownie spojrzał na portfel, jednak zanim sięgnął do odpowiedniej przegródki, jego wzrok padł na dowód osobisty starszego.

W jednej sekundzie zmroziło go tak, jakby ktoś wyrzucił go stąd wprost do zaspy śniegu. Ten dowód… był jego dowodem. To samo zdjęcie, wszystkie dane pokrywające się z jego własnymi. Podniósł nierozumiejące spojrzenie na barmana, który tylko uśmiechnął się oszczędnie.

– Tak, to byłeś ty. Rozmawiałeś sam ze sobą, ale jakoś nie odważyłeś się powiedzieć sobie tego wprost. Wy wszyscy tutaj macie z tym problem. Jak już się tu znajdziecie, to trudno wam się do tego przyznać. Dlatego stworzyliście sobie mnie. Próbowaliście się dowartościować czyniąc mnie małym i chudym, jednak wasze kompleksy odegrały przy tym rolę większą niżbyście chcieli, dlatego wiecie, że mam szczęśliwą rodzinę, chociaż nigdy o niej nie mówię. Mam do kogo wracać po kolejnych nocnych zmianach i chociaż całe życie jestem tylko barmanem, to jestem szczęśliwym barmanem i tego mi zazdrościcie najbardziej na świecie. A teraz płać i się zmywaj. Mam nadzieję, że zrozumiałeś o co ci chodziło dzisiaj.

Olaf był tak bardzo zdezorientowany, że ledwie wyciągnął z portfela plik banknotów i rzucił je na blat nie próbując nawet odliczać kwoty. Czując, jak coraz bardziej wszystko wokół faluje wstał z krzesła i odwrócił się w kierunku drzwi. To, co zobaczył nijak nie przypominało już eleganckiego, lecz lekko doświadczonego przez życie pubu, do którego wszedł. Parkiet praktycznie pozbawiony był lakieru, krzesłom w większości brakowało jakichś elementów, a te które się uchowały straszyły drzazgami. Popielniczki na stołach były poprzewracane, a popiół rozsypywał się wszędzie dookoła. Parafina ze świeczek płynęła strumykami po blatach, by później skapywać na podłogę. Skóra obić była teraz o wiele bardziej poszarpana, bezwstydnie wyzierało spod niej to, czym była wypchana. Jeden z żyrandoli spadł, a w pozostałych żarówki świeciły jeszcze słabiej tak, że cień objął we władanie większość sali, a jedynie na jej środku ostała się plama względnej jasności.

Najgorsze było jednak to, co stało się ze wszystkimi klientami tego baru. Powstali ze swych miejsc i ruszyli w kierunku Olafa. Młodszy w końcu mógł zrozumieć, co mówili.

„Powiedz Magdzie, że…”

„Przeproś moją Sylwię za…”

„Znajdź Martynę i…”

„Pocałuj Dominikę…”

Nie mogąc słuchać tych wszystkich natarczywych próśb i bojąc się, że zostanie zadeptany przez ten tłumek, począł przedzierać się w kierunku wyjścia. Kiedy ci wszyscy ludzie zaczęli się go czepiać, nie przestając wykrzykiwać swoich próśb, z przerażeniem zobaczył, jak się zmienili.

Ich ubrania były teraz poszarpane, podziurawione i szare od brudu. Włosy mieli w nieładzie. Najgorsze jednak było to, że ich skóra zupełnie poszarzała, wysuszyła się i zaczęła odpadać coraz większymi płatami. W pewnym momencie nie mogli już nic mówić, a po chwili przewracali się jako szkielety, jako wysuszone mumie, na podłogę i tylko ich puste, czarne oczodoły wciąż wpatrywały się w uciekającego Olafa. Kiedy dotykał już klamki drzwi obejrzał się za siebie i zobaczył ostatnią kreaturę, stojącą przy barze. Usłyszał swój własny, lecz potwornie chropowaty głos:

– Karolina…

Piasek był jeszcze zimny po nocy, tak jak pierwsze promienie wstającego Słońca. Korzystając z tego, że ich dzieci ciągle spały w najlepsze, wymknęli się na plażę podziwiać wynurzanie się ognistej tarczy z morskich odmętów. Rozłożyli sobie koc i usiedli, przytulając się do siebie. Dłuższą chwilę nic nie mówili wpatrując się w dal, więc w końcu Karolina swoim zwyczajem przerwała milczenie:

– Kochanie, o czym myślisz?

Zazwyczaj takie pytania były dla nich wstępem do interesujących dyskusji, chociaż powszechnie się z nich wyśmiewano. Tym razem jednak Olaf odpowiedział tak stereotypowo jak tylko mógł odpowiedzieć:

– O niczym takim.

Przecież nie powie jej, że znowu się zastanawia, jak to się stało, że zadzwonił do niej z zaproszeniem na pierwszą randkę po obudzeniu się z kacem-gigantem w jakiejś bramie.

Przytulił ją tylko mocniej i pocałował.

Kraków, grudzień 2014

Reklamy

One thought on “Bar (opowiadanie)

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s