… (opowiadanie)

            Mam z tym Tekstem problem. Nie wyszedł do końca tak, jak się spodziewałem. Ma swoją dynamikę, ale nie jestem do końca pewny, jaki nadać mu tytuł. Jeśli masz jakieś koncepcje w tej kwestii, to proszę – podziel się nimi;)

To zdecydowanie nie był jej dzień. Wylądowała na tym pustkowiu zupełnie sama i nie bardzo miała jakikolwiek pomysł na to, jak się z niego wydostać. Nie to było jednak najgorsze. Zupełnie dobijała ją myśl, że tak naprawdę nie jest pewna, czy chce się jej stąd wydostawać.

            Samochód zepsuł się tej nocy na jakiejś przełęczy, a mimo że było już prawie południe, to nikt inny jej nie mijał na tej drodze. Siedziała zrezygnowana na barierce odgradzającej asfalt od dość stromego urwiska, które rozpościerało się tuż za nią. Miała z tego miejsca dobry widok na wszystkie serpentyny, które udało się jej pokonać, zanim transport odmówił posłuszeństwa. Poza tym, mogła oglądać też okoliczne góry, które z każdym przebytym kilometrem robiły się coraz wyższe i wyższe. Nie cieszyła się jednak widokiem lasów pokrywających ich zbocza. Dla niej była to tylko uciążliwa przeszkoda, którą musiała pokonać, aby dostać się do celu znajdującego się po drugiej stronie. Dlatego teraz majtała nogami nad przepaścią i rozważała swoje opcje.

            Powoli stawało się jasne, że czekanie w miejscu na jakieś szczęśliwe zrządzenie losu, które zesłałoby jej kogoś zdolnego do udzielenia pomocy nie miało sensu. Tym bardziej, że kanapki, które zrobiła sobie na drogę, stawały się coraz bardziej mglistym wspomnieniem. Trochę herbaty ostało się jeszcze w termosie, ale nie zmieniało to wiele. Po raz kolejny obrzuciła smętnym spojrzeniem telefon, który postanowił się rozładować chwilę przed tym, jak zgasł silnik. Wiedziała jednak, że nawet gdyby jego martwy ekran ponownie rozświetlił się krzemowym życiem, to niewiele by się zmieniło, jako że dawno straciła zasięg. Okolica zdecydowanie nie znajdowała się na priorytetowej liście któregokolwiek z operatorów. Jedyne pocieszenie stanowił fakt, że nie musiała marznąć, ponieważ jak zwykle spakowała rzeczy na prawie każdą dającą się przewidzieć okazję.

            Swoim ścisłym umysłem analizowała kolejne aspekty sytuacji i to, jak najlepiej wykorzystać je w celu dotarcia do miejsca przeznaczenia, które ciągle pozostawało dość daleko. Jej procesy myślowe zazwyczaj były szybkie i zdyscyplinowane, jednak tym razem pewna niesforna wątpliwość nieustannie zakłócała pracę sprawnych mechanizmów, jakie w sobie wykształciła. Ciągle nie była w stanie skupić się w całości na opracowaniu optymalnego planu, ponieważ pewna część jej wręcz krzyczała zza pancernych drzwi, że nie chce nigdzie się stąd ruszać. Miała wrażenie, że już dawno poradziła sobie z tą przeszkadzającą na każdym kroku częścią siebie, jednak tym razem okoliczności niezwykle sprzyjały jej ponownemu zbudzeniu.

Powoli zaczynała przyznawać się przed samą sobą, że wizja schowania się gdzieś w tych górach przed całym światem była dla niej całkiem pociągająca. Dzięki takiemu drastycznemu rozwiązaniu mogłaby uwolnić się od wszystkich wątpliwości, które towarzyszyły jej w ostatnim czasie. Nawet brak jakichkolwiek wygód, do których była przyzwyczajona nie wydawał się już takim wielkim problemem. Dlatego ciągle siedziała na owej barierce nie mogąc zdecydować się na żadne działanie.

***

Nogi bolały ją jak jeszcze nigdy w życiu. Zrozumiałe, skoro nigdy wcześniej nie miała okazji przejść takiego szmatu drogi w nierównym terenie. Mimo, że ciągle szła skrajem asfaltowej jezdni w całkiem wygodnych butach, to miała wrażenie, że stopy zamieniły się jej w dwa wielkie odciski. Ramiona niemalże pękały pod stosunkowo niewielkim ciężarem plecaka, do którego spakowała wszystko to, co wydało się jej niezbędne podczas rekonesansu w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak cywilizacji.

Dość dużo czasu zmitrężyła zanim zdecydowała się na pozostawienie samochodu wraz z większością bagaży pośrodku niczego. Wiedziała jednak, że to jedyne rozwiązanie w obliczu zupełnej pustki panującej na tej trasie. Najważniejszym pytaniem było to, w którą stronę powinna się udać. Pamiętała, że ostatnie skupisko ludzi mijała kilkadziesiąt kilometrów wcześniej. Uznała więc, że lepiej będzie zaryzykować i pójść naprzód niż się cofać.

Po dobrych kilku godzinach marszu, z którego duża część odbyła się już po zapadnięciu zmroku, zaczynały ogarniać ją wątpliwości, czy dokonała słusznego wyboru. Późno się zdecydowała, więc rozpoczęła swoją wędrówkę dopiero popołudniu, co znaczyło, że nie będzie miała wiele światła słonecznego. Będąc zupełnie nie zaprawioną w marszach, czuła już ból w takich mięśniach, o których istnieniu niedawno nie miała zielonego pojęcia.

            Na szczęście chwilę po kolejnej fali cierpienia pojawiła się także zielona tablica głosząca, że właśnie wkracza na teren miejscowości o nazwie, która nie mówiła jej kompletnie nic. Niosła jednak przesłanie nadziei odnalezienia pomocy, więc zmordowana turystka mimo woli zebrała się w sobie i podjęła dalszy wysiłek.

***

            Miasteczko nie wyglądało tak, jak sobie to wyobrażała. Wypatrywała starych, rozpadających się chatek, przycupniętych przy drodze, którą szła. Zamiast tego, zza ostatniego zakrętu wyłoniła się spora równina, która nie miała prawa tutaj być. Płaski teren otoczony był ze wszystkich stron drzewami, jednak miał taką powierzchnię, że górska droga, która przywiodła tutaj piechurkę szybko wpadała w regularną sieć ulic tego zaskakującego miejsca. Domy jego mieszkańców również w niczym nie przypominały tego, czego należałoby się spodziewać. W większości sprawiały wrażenie lekkich, drewnianych konstrukcji obitych sidingiem czy jakimiś innymi rzeczami, na których się nie znała. Generalnie poczuła się nagle tak, jak gdyby weszła do miasteczka, w którym Al Pacino ścigał Robina Williamsa w filmie Bezsenność. Oczywiście poza tym, że nie panował polarny dzień.

            Starając się nie speszyć tym mało optymistycznym skojarzeniem, ruszyła szeroką ulicą wypatrując świateł wskazujących na to, że ktoś jeszcze nie śpi. Po przebyciu jednej przecznicy jej oczom ukazał się budynek jakiegoś dwudziestoczterogodzinnego baru, najwyraźniej połączonego ze stacją paliw i warsztatem samochodowym. Ruszyła w kierunku baru, jako że stacja i warsztat sprawiały wrażenie zamkniętych, z kolei przez duże okna tego pierwszego mogła zauważyć, że za kontuarem stoi jakiś mężczyzna.

            Dzwonek nad drzwiami obwieścił wejście zapóźnionej klientki.

            – Dobry wieczór, czy pan zajmuje się również stacją i warsztatem?

            – Niestety nie. Odpowiada za nie mój wspólnik. – Ton głosu tego człowieka wyraźnie wskazywał na to, że nie ma ochoty z nikim rozmawiać.

            – A czy mógłby pan do niego zadzwonić dla mnie? Mój samochód zepsuł się kilka kilometrów stąd i musiałam tutaj przyjść na piechotę…

            – Mógłbym, ale to niewiele by zmieniło w pani położeniu, jako że on ma już pewnie nieźle w czubie. To i tak nie ma jednak większego znaczenia. O tej porze, w dodatku po ciemku i tak nic by nie zrobił z pani samochodem. – Kategoryczny ton faceta zniechęcił nieszczęsną do kontynuowania tematu. Kiedy usłyszała pierwszą informację chciała domagać się od niego znalezienia kogoś innego, kto mógłby natychmiast z nią pojechać i naprawić auto. Druga część wypowiedzi tego człowieka przemówiła jej w końcu do rozumu i uzmysłowiła, która jest godzina. Faktycznie – tej nocy nic już nie mogła zdziałać. Pogodziwszy się z tym faktem usiadła ciężko na stołku barowym przed kontuarem i zapytała:

            – Może mi pan zrobić jeszcze coś do jedzenia? – Mężczyzna po raz pierwszy od momentu kiedy wkroczyła do jego lokalu nieznacznie się uśmiechnął.

            – No, to była rozsądna decyzja. Ale niestety niewiele mi jeszcze zostało na stanie, dopiero rano będzie świeża dostawa. Mogę pani zrobić jakieś kanapki, jeśli ma pani ochotę.

            – Cokolwiek, strasznie zgłodniałam.

            Mężczyzna skinął głową i odwrócił się do lodówki. Wyciągnął stamtąd rzeczy i zajął się przygotowywaniem jedzenia. Była zbyt zmęczona żeby starać się kontynuować niezobowiązującą konwersację. Jemu również cisza zdawała się nie przeszkadzać, więc skupiła się na obejrzeniu miejsca, w którym się znalazła.

            Było ono czymś pośrednim między barem a restauracją. Wyglądało jak żywcem wyjęte z hollywoodzkich filmów. Ten rodzaj lokalu, którego ściany zewnętrzne stanowią wielkie okna przez które można zobaczyć wszystko to, co znajduje się w środku. Wewnątrz, pod tymi oknami, stały stoliki wraz z niewygodnymi kanapami obitymi nędzną skórą w kolorze, który kiedyś zapewne był czerwony, teraz jednak wyblakł i poplamił się tak, że przywodził na myśl jedynie barwę wymiocin. Podłogę pokrywały nijakie kafelki, poznaczone w wielu miejscach siecią delikatnych pęknięć, zupełnie tak, jak siecią zmarszczek pokrywają się twarze starzejących się ludzi.

Poza nią nie było żadnych innych gości. Nie wiedziała jak prezentuje się całościowa oferta gastronomiczno-socjalizacyjna tej miejscowości, ale wyglądało na to, że miejsce, w którym się znalazła nie było tej oferty mocnym punktem. Zdawały się to potwierdzać dość niepewne ruchy obsługującego ją mężczyzny, które sugerowały, że raczej nie ma wprawy w aktywnościach kulinarnych. Pozostawało się zastanawiać, dlaczego zdecydował się akurat na prowadzenie miejsca, gdzie były mu potrzebne umiejętności, których nie posiadał.

            Dziewczyna była wszakże tak głodna, że kiedy postawił przed nią talerz z kanapkami wybaczyła mu zarówno długie na nie oczekiwanie jak i mało zachęcający wygląd tego miejsca. Jadła szybko i dość łapczywie, kiedy usłyszała pytanie:

            – Czy będzie pani potrzebować pokoju na tę noc? – Wrodzona nieufność wzmożona dużą ilością artykułów o kobietach będących ofiarami napaści seksualnych, których się naczytała, spowodowała, że niemalże się wzdrygnęła obrzucając szybkim podejrzliwym spojrzeniem mężczyznę. Ten chyba zauważył, jaką reakcję u niej wywołał, gdyż ponownie się uśmiechnął, tym razem jakby nieco przepraszająco i dodał: – Chodzi mi o to, że nad barem mamy kilka pokoi gościnnych dla podróżnych. Są wolne miejsca, więc jeśli ma pani ochotę, to zapraszam.

            Szczerze mówiąc, nawet nie pomyślała o tym, że nie ma gdzie spędzić czasu do jutrzejszego dnia. Ta przygoda zdecydowanie nie wpływała dobrze na jej zdolność trzeźwego myślenia. Ucieszyła się jednak, że wyjście z sytuacji znalazło się samo, nawet jeśli tamten zaproponował je tylko w nadziei na uzyskanie jakiegokolwiek zysku tej nocy.

            – Myślę, że tak, z chęcią skorzystam z pana oferty. Dziękuję za kanapki, ile się należy?

            – Och, niech się pani nie kłopocze. To na koszt firmy. W ramach pomocy pechowej podróżniczce. – Trzeci uśmiech w jego wykonaniu wypadł najszerzej i najbardziej przekonująco, więc odpowiedziała mu tym samym.

***

            Przeraźliwy dźwięk elektronicznego budzika brutalnie rozerwał swymi pazurami delikatne zasłony jej snu. Przewidując, że zaśpi przezornie ustawiła go przed pójściem spać na ósmą rano. Gdyby jednak wiedziała jak skrzywdzi jej poczucie bezpieczeństwa sposobem wyrwania z objęć Morfeusza, to bez wahania wybrałaby zaspanie. Wieczorem była już tak zmęczona, że nawet nie pomyślała o tym, żeby naładować swój telefon, który obudziłby ją w znany i akceptowalny sposób. Nie było już jednak sensu rozpamiętywać pierwszej krzywdy tego dnia.

            Mimo, że cała senność od razu znikła, to jednak nadal leżała pod kołdrą. Otwartymi oczami wpatrywała się w sufit, jednak nie widziała białej farby go pokrywającej. Odtwarzała w pamięci wydarzenia poprzedniego dnia, dochodząc do ładu z tym, że jednak nie okazały się być tylko kiepskim snem. W końcu zebrała się w sobie i usiadła na łóżku. Wczoraj nawet nie zapaliła światła wchodząc do pokoju, tylko rozebrała się po ciemku i od razu zwaliła w pościel. Dlatego też teraz, w świetle słonecznym, z niejakim zaciekawieniem oglądała wnętrze pomieszczenia, w którym przyszło jej spędzić noc. Nie było ono jednak w żaden sposób odbiegające od tysięcy tego rodzaju pokoi na całym świecie. Ot, stolik, dwa krzesła, niewielka szafa i stary telewizor na półce pod sufitem. Łóżko zajmowało większość powierzchni pokoju, co sporo mówiło o jego rozmiarach. Pokoju, nie łózka, niestety.

            Nie tracąc więcej czasu podniosła się i wygrzebawszy z plecaka kosmetyczkę wkroczyła do miniaturowej łazienki. Szybki prysznic w gorącej wodzie i umycie zębów pozwoliły jej na optymistyczniejsze spojrzenie na położenie, w którym się znalazła. Ożywiona spakowała się i krokiem żwawym na tyle, na ile pozwalały jej na to zakwasy, zeszła na dół.

            Mężczyzna, z którym rozmawiała wczoraj wciąż tkwił na swoim miejscu i sprawiał wrażenie, jakby nie opuścił go przez całą noc i co więcej – w najbliższej przyszłości nie miał zamiaru tego robić. Zauważyła, że jego ubrania są zdrowo wymięte, a fartuch, który na nich nosił można było nazwać białym już chyba tylko z grzeczności. Nie pozwoliła jednak na to, żeby takie szczegóły wybiły ją z całkiem dobrego nastroju, w którym była.

            – Dzień dobry panu! Tak sobie właśnie pomyślałam, że w ogóle się nie przedstawiłam wczoraj. Ula Szczęsna jestem.

            – Dzień dobry! Właśnie o tym myślałem wczoraj, kiedy prowadziłem panią do pokoju, ale stwierdziłem, że jest pani tak zmęczona, że formalności z tym pokojem to załatwimy dzisiaj, jak pani nieco odpocznie. Ja jestem Eryk Sabrewski. Mój brat, Olaf, zaraz powinien się tu zjawić. Będzie pani mogła z nim porozmawiać o swoim samochodzie.

            – O, czyli można powiedzieć, że prowadzicie panowie rodzinny biznes? Pan zajmuje się gastronomią, a pana brat stacją i warsztatem? Muszę powiedzieć, że wygląda to na całkiem dobry pomysł, zwłaszcza w takiej miejscowości, położonej przy ważnej drodze.

            – Tak, w teorii był to dobry pomysł, ale widzi pani jak to wygląda. Odkąd zbudowali autostradę kilkanaście kilometrów na zachód stąd, to prawie nikt nie jeździ już tą drogą. Mogła się pani o tym przekonać na własnej skórze. Swoją drogą, to dziwię się, że pani wybrała tę trasę.

            – Och, wie pan, stwierdziłam, że skoro już mam jechać w podróż, na którą nie mam ochoty, to przynajmniej mogę pooglądać widoki po drodze. Sądzę, że jadąc autostradą mogłabym patrzeć co najwyżej na ekrany dźwiękochłonne.

            – Co racja to racja, jednak rzadko chyba można spotkać osoby w pani wieku myślące podobnie…

            Kiedy tak rozmawiali, do sali poczęła schodzić reszta gości, którzy spędzali noc w pokojach gościnnych. Nie była to zbyt liczna grupa. Składała się ona zaledwie z trzech osób.

            Pierwszy pojawił się zaspany grubasek w średnim wieku. Miał na sobie kiepski, ciemnogranatowy garnitur w niemodne prążki, po którym widać było, że przeszedł już niejedno. Spod marynarki zapinanej na zbyt dużą liczbę guzików wyglądała biała koszula tak sztuczna, że oddalona od niego o kilka kroków Ula prawie poczuła wyładowania elektryczne. Całości dopełniały krawat równie niemodny co garnitur, a do tego krzywo zawiązany oraz buty krzyczące w rozpaczy o wypastowanie. Drapiąc się po dość sporej łysinie, jegomość zajął miejsce przy dość oddalonym stoliku i zagłębił się w lekturze gazety.

            Druga na horyzoncie zjawiła się dystyngowana starsza pani, wystrojona jak na oficjalną okazję, a nie poranek w poślednim zajeździe. Obrzuciła otoczenie wyniosłym spojrzeniem i ruszyła w stronę stolika jak najbardziej oddalonego od reszty osób znajdujących się w pomieszczeniu. Ula od razu poczuła do niej jakąś instynktowną antypatię, więc nawet nie przyglądała się jej bliżej. Z kolei właściciel zaskakująco się ożywił i zupełnie nie zwracając uwagi na mężczyznę w garniturze, który w końcu przybył pierwszy, ruszył od razu w kierunku matrony wpatrującej się pustym spojrzeniem w przestrzeń za oknem.

            Kiedy zamówienia zostały odebrane od obojga gości, to na schodach pojawiła się trzecia osoba. Była nią dziewczyna mniej więcej w wieku Uli, patrząca trzeźwo, jednak niemożliwie rozczochrana. Miała na sobie powyciągany dres i stary podkoszulek ze znaczkiem, który wyglądał na logo zespołu metalowego. Szurając stopami w papciach dziewczyna usiadła na najbliższym stołku przy barze i poprosiła o czarną kawę. Gdyby się odwróciła w odpowiednim momencie, to zauważyłaby pełne dezaprobaty spojrzenie, jakim znad talerza z jajecznicą atakowała jej plecy elegantka. Ula już niemal podniosła się, żeby się przysiąść do „dresiary”, jednak w tym samym momencie zadzwonił dzwonek nad drzwiami wejściowymi, a do środka wdarł się przenikliwy chłód górskiego poranka.

            – Cześć, zrobisz mi kawę? – Pytanie rozbrzmiało tuż po tym, jak trzasnęły zamykane drzwi. Zostało zadane głosem niskim, a jednocześnie aksamitnym, który natychmiast sprawił, że Ula odruchowo obejrzała się, żeby zobaczyć jego właściciela.

            Do kontuaru podchodził właśnie mężczyzna tak podobny do barmana, że nie było wątpliwości, że był to wspomniany brat – Olaf. Mimo ewidentnego braterskiego podobieństwa, trudno byłoby wymienić choć jedną wspólną cechę ich wyglądu. Eryk był bez wątpienia starszy, jego ciemne włosy dość obficie przeplatała już siwizna. Z kolei Olaf był prawie rudy i w przeciwieństwie do swego brata miał dość bujną brodę. Mimo tego Ula była przekonana, że jest niewiele starszy od niej. Kolejnym elementem, na który zwróciła uwagę był fakt, że starszy z braci dorabiał się coraz większego mięśnia piwnego, podczas kiedy młodszy był szczupły, a dziewczyna była przekonana, że robocza kurtka, której nie zdjął skrywa dobrze umięśnione ciało.

            – Cześć, no już robię. Słuchaj, jest tutaj pani, której się zepsuł samochód parę kilometrów stąd. Mógłbyś z nią porozmawiać?

            – No jasne. – Na twarzy Olafa od razu pojawił się szeroki uśmiech, kiedy podchodził do Uli. – Cześć, Olaf jestem. To co tam się stało?

            – Ula. No nie wiem, gdybym wiedziała, to pewnie byłabym w stanie sama sobie poradzić.

            – Hah, w sumie racja. Słuchaj, zjem śniadanie to odpalę lawetę i pokażesz mi gdzie stoisz. Może tak być?

            – Jasne, dziękuję.

            – Nie dziękuj mi jeszcze, nie wiemy czy będę w stanie ci pomóc. – Po tym zdaniu puścił jej oko i zasiadł przy stoliku.

***

            – No więc co cię skłoniło do pchania się przez te góry samotnie? – Siedzieli już w szoferce lawety i wyjeżdżali z miasteczka. Najwyraźniej młodszemu z braci Sabrewskich cisza przeszkadzała bardziej niż starszemu.

            – Praca. Znalazłam lepszą posadę po drugiej stronie.

            – O, to fajnie. A czym się zajmujesz?

            – Copywriting w najróżniejszych wydaniach. Generalnie można powiedzieć, że piszę ludziom rzeczy, których sami nie potrafią stworzyć.

            – Brzmi ciekawie, ale jakoś bez entuzjazmu o tym mówisz…

            – Wydaje ci się. Cieszę się, bo agencja reklamowa, w której teraz będę pracować jest bardziej prestiżowa i lepiej płaci. Będę się mogła rozwinąć.

            – Skoro tak twierdzisz.

***

            – To mój samochód, zatrzymaj się.

            – Ok. O, nieźle wypchany, faktycznie przeprowadzka na całego.

            Mimo tego, że nie rozmawiała z nim zbyt ochoczo, to Olaf nie wydawał się ani trochę zdeprymowany. Wręcz przeciwnie, im bardziej oszczędnych odpowiedzi mu udzielała w czasie drogi, tym jakby weselszy się stawał, a w oczach nieustannie igrały mu jakieś niespokojne ogniki. Jak na małomiasteczkowego mechanika wydawał się być nadzwyczaj inteligentny. Dobrze wyczuwał jej nastrój, kiedy wypytywał ją o pracę, a sposobem wysławiania się nie pasował do stereotypu. Wziął od niej kluczyki i zaczął odczyniać jakieś mechaniczne czary-mary, podczas kiedy Ula pozostała w ciepłej szoferce jego lawety i z ciekawością obserwowała jego działania. Po pewnym czasie wrócił, a jego mina nie wróżyła nic dobrego.

            – No moja droga, mam wrażenie, że zostaniesz u nas na trochę dłużej. Chcesz wersję ze szczegółami, czy przejść od razu do wniosków?

            – Mam szansę zrozumieć te szczegóły?

            – Nie sądzę.

            – No to poproszę wnioski.

            – Ok. Zepsuło ci się coś takiego, czego nie jestem w stanie teraz naprawić. Muszę dopiero zamówić części. Z tego miasta, do którego zmierzasz, więc trochę im pewnie zajmie dotarcie tutaj, sama rozumiesz.

            Ku swojemu zaskoczeniu, Ula poczuła jakąś dziwną ulgę na wieść o tym, że jeszcze jakiś czas zostanie tu uziemiona. Nie miało znaczenia, że pewnie będzie ją to sporo kosztować i że w nowej pracy będą źli, że tak zaczyna. Bardziej myślała o tym, że jeszcze przez chwilę nie będzie musiała stawiać czoła rzeczywistości.

            – No cóż, skoro tak być musi, to chyba nie mam wielkiego wyboru, co?

            – Też tak sądzę. Ale jest jeszcze coś. Dziś rano w radiu słyszałem, że mają nadejść pierwsze śniegi i to od razu dość obfite. Jeśli się tak stanie, to prawdopodobnie będziemy odcięci od świata. Możliwe, że całkiem długo. Wiesz, nikomu się za bardzo nie chce odśnieżać tylu kilometrów dla tych kilku osób żyjących u nas.

            Myślał, że tą informacją tylko ją dobije, ale owa copywriterka uśmiechnęła się tajemniczo i spokojnie pokiwała głową w zamyśleniu. Cóż, nigdy zbyt dobrze nie rozumiał kobiet. Wysiadł więc z samochodu i zajął się wciąganiem jej wozu na lawetę.

***

            Stała się rzecz zadziwiająca. Prognoza pogody sprawdziła się co do joty. Jeszcze tego samego dnia wieczorem temperatura gwałtownie spadła, a z ciężkich chmur poczęły spadać wielkie płatki śniegu w ilości tak dużej, że ograniczyły widoczność skuteczniej od mgły. Z braku lepszego zajęcia Ula siedziała z kubkiem gorącej czekolady w barze i obserwowała pierwszy w tym roku pokaz potęgi zimy. Była całkiem sama, nawet Eryk gdzieś się zapodział, więc nikt nie zakłócał jej skomplikowanych rozmyślań.

            Cały dzień gdzieś się to w niej kłębiło, kiedy przenosiła większość swoich rzeczy do jednego z nieużywanych pokoi i kiedy obserwowała Olafa rozkręcającego jej wóz. Również kiedy później spacerowała zwodniczo podobnymi ulicami tej oazy ludzkości pośrodku niczego, ciągle czuła jak przewalają się przez jej głowę kolejne batalie różnych racji i argumentów. W końcu teraz, pod koniec dnia była w stanie w miarę jasno sformułować to, co czuła i myślała o całej sprawie.

            Otóż, była całkiem zadowolona. Choć na początku bała się tej myśli, to jednak z czasem ją zaakceptowała i pozwoliła jej rozlać się przyjemnym ciepłem po całym ciele. Cieszyła się z tych przymusowych wakacji, ponieważ decyzję o przeprowadzce podjęła kierując się głównie negatywnymi emocjami związanymi z chłopakiem, który niemalże z dnia na dzień porzucił ją dla innej. Przez jakiś czas męczyła się w tym mieście, w którym tak dużo miejsc przypominało jej o chwilach spędzonych wspólnie z nim. Nie potrafiła też przestać obawiać się tego, że któregoś dnia spotka go na ulicy z tą nową. Nie wiedziała co wtedy zrobi. Tak więc kiedy pojawiło się w miarę racjonalne uzasadnienie dla wyniesienia się z tego coraz bardziej duszącego ją miasta to skwapliwie z niego skorzystała. Zrobiła to nawet wbrew temu, że zaczynało do niej docierać, że w gruncie rzeczy nie lubi swojego zajęcia. Zawsze marzyła o pisaniu książek i poezji, jednak otoczenie, zwłaszcza w postaci rodziców, nieustannie nakłaniało ją do zajęcia się „czymś konkretnym”. W końcu w wyniku wielu kompromisów skończyła jako copywriterka. Była w sumie wdzięczna za tę okazję do przystanięcia w biegu i zastanowienia się nad swoim życiem.

            Akurat kiedy w pełni pozwoliła sobie na zaakceptowanie tych myśli i odczuła z tego powodu dawno zapomnianą błogość, to z kurtyny śniegu za oknami wyłonił się opatulony kształt, który z impetem wpadł do środka baru.

            – Kurwa, ale pogoda. Zimno jak cholera, wieje, pada. Nic tylko się napić, co nie?

            Po głosie poznała, że musi to być dziewczyna, którą widziała rano. Dopiero po chwili zobaczyła jej twarz, kiedy tamta zdjęła kaptur i odwinęła z twarz gruby szalik. Ula nie wiedziała, czy powinna odczytywać to pytanie jako zaproszenie do jakiejś posiadówy, więc tylko mruknęła cos niezobowiązująco. Jej nowa znajoma nie wydawała się tym jednak przejmować.

            – Nie wiesz gdzie się podział ten typ co tu pracuje? Muszę się wypić coś gorącego, bo czuję jak zamarzam.

            – Nie mam pojęcia gdzie jest. Myślę, że się nie obrazi, jak się sama obsłużysz.

            – Dobry pomysł, zaraz umrę.

            Kiedy tamta weszła za kontuar to drzwi otworzyły się ponownie. Tym razem stanął w nich nie mniej ośnieżony Olaf. On jednak sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie dostrzegał panującej aury. Nie przejął się również tym, że tamta weszła do kuchni. Od razu zwrócił się w stronę Uli.

            – Tak myślałem, że cię tu znajdę. Jeśli nie masz co robić to zapraszam do siebie na grzańca.

            W jednej sekundzie przewaliły jej się przez głowę wszystkie obiekcje związane z tym, że miałaby pójść wieczorem do domu w gruncie rzeczy nieznajomego mężczyzny i to jeszcze po to, żeby pić z nim alkohol. W następnej sekundzie wszelkie wątpliwości zniknęły. W końcu skoro miała korzystać z okazji do zastanowienia się nad swoim życiem, to dlaczego nie miałaby skorzystać z okazji do poznania nowych ludzi? Po usprawiedliwieniu się w taki sposób założyła kurtkę i wyszła z Olafem w ciemność. Ostatnim spojrzeniem, którym obrzuciła bar zobaczyła zaskoczoną i nieco zazdrosną minę tamtej dziewczyny.

***

            W kominku ochoczo trzaskał spory ogień, z kubków pełnych gorącego wina unosił się aromatyczny zapach, a oni siedzieli na wygodnej kanapie ustawionej tak blisko paleniska jak tylko było to możliwe. W pokoju panował przyjemny półmrok, jako że kominek stanowił jedyne źródło światła. Ula szybko poczuła się swobodnie w towarzystwie nowego znajomego, który okazywał się zyskiwać przy drugim i trzecim wrażeniu, co niestety nie było bardzo częste.

            – Więc jak to się stało, że zająłeś się warsztatem? Nie obraź się, ale wydaje mi się, że stać cię na wiele więcej.

            – Nie mam się o co obrażać. Masz rację, nie zawsze to robiłem. Owszem, pasjonowałem się motoryzacją, ale na co dzień byłem dziennikarzem w mieście.

            – Serio? A o czym pisałeś?

            – No jak to o czym? O samochodach.

            – W sumie logiczne. Ale dlaczego wróciłeś tutaj?

            – Jakiś czas temu oboje nasi rodzice dość gwałtownie podupadli na zdrowiu. Eryk sam sobie nie radził no i musiałem przyjechać mu pomóc. – Po raz pierwszy Olaf mówił z zupełną powagą, w skupieniu. Było to dziwne doświadczenie, ponieważ przez cały dzień wydawał się być fontanną optymizmu i żartobliwości.

            – Zachowałeś się bardzo odpowiedzialnie. – Powiedziała z pełnym przekonaniem. – A jak się czują teraz?

            – Nie wiem, zmarli półtora roku temu.

            – Przepraszam, tak mi przykro…

            – Nie no, spokojnie. Już sobie z tym poradziłem. Tylko pojawiły się inne problemy. Widzisz, prawie dwa lata trwało zanim umarli. Przez tak długi czas oczywiście nikt nie chciał trzymać mi miejsca w redakcji, więc okazało się, że nie bardzo mam do czego tam wracać. Eryk potrzebował dalej pomocy przy prowadzeniu naszego interesu. Dopóki był w stanie, to tata z nim pracował, ale później wszystko to zostało na jego głowie. No i tak jakoś wyszło, że z dziennikarza motoryzacyjnego zmieniłem się w mechanika w tej dziurze. – W głosie Olafa poczęły pojawiać się kolejne zaskakujące nuty, tym razem pełne skrywanej goryczy. – Wiesz, wcześniej jeździłem najnowszymi modelami, z którymi mogłem robić wszystko, w końcu miałem je sprawdzić i ocenić dla recenzji. Teraz zajmuję się jakimiś starociami, bo jak zapewne się domyślasz tutejsi nie należą do najbogatszych. No i muszę na wszystko uważać, bo przy odbieraniu nieraz są dokładniejsi w sprawdzaniu czy wszystko jest w porządku od instruktora musztry znęcającego się nad kotami w wojsku. Ale nie narzekam, jeśli się nad tym zastanowić, to nawet polubiłem takie życie. Wiesz, jest spokojnie, nie ma się po co spieszyć, wszyscy się znają i są dla siebie na ogół mili. W dodatku polubiłem chodzenie po górach. Mam na nie sporo czasu, bo jednak rynek dla mechanika jest tutaj dość ograniczony, jak się zapewne domyślasz. Czasem tylko zatęsknię za przeszłością, jak przed chwilą. Generalnie jednak nauczyłem się cieszyć tym co mam. To wiele ułatwia, wiesz?

            – Wiem, wiem, chociaż sama mam z tym problemy. Jakoś ostatnio nie dostrzegam zbyt wielu powodów do radości.

            – Tak właśnie mi się dzisiaj wydawało. Nie cieszysz się na tę pracę?

            – Sama nie wiem…

            Poddając się magii, jaka zazwyczaj działa w trakcie tego rodzaju nocnych rozmów, Ula opowiedziała Olafowi o wszystkich swoich rozterkach. Po raz kolejny potwierdziło się, że najłatwiej przychodzi nam zwierzanie się osobom, co do których mamy przeświadczenie, że szybko się z nimi rozstaniemy i nigdy więcej już nie zobaczymy. Olaf najwidoczniej również to poczuł, gdyż nie poprzestał na tym jednym wyznaniu. Czas mijał im szybko, odmierzany kolejnymi dokładanymi do ognia bierwionami. Nagle okazało się, że wstaje nowy dzień.

***

            Obudziła się w swoim pokoju, kiedy znowu zrobiło się ciemno. Tym razem przezornie ustawiła budzik w swoim telefonie. To była jedyna rzecz, do której się teraz nadawał, jako że nadal nie mogła złapać żadnego zasięgu. Nieustannie zadziwiało ją, jak mieszkańcy tego miasteczka radzą sobie bez telefonii komórkowej.

            Tym razem na dole było więcej osób. Eryk w zmienionych ubraniach lecz tym samym fartuchu z zaangażowaniem mówił coś do elegantki, która zdawała się nie zwracać na niego większej uwagi, znowu wpatrując się pusto w przestrzeń. On tymczasem swoim spojrzeniem niewątpliwie mógłby stopić cały zalegający okolicę śnieg.

            Kilka stolików od nich siedział grubasek. Wyglądał dokładnie tak samo jak poprzednim razem. Tyle tylko, że teraz nie czytał gazety, a z zaangażowaniem wpisywał kolejne liczby do tabeli narysowanej w zeszycie. Kiedy zobaczył Ulę uśmiechnął się do niej i pomachał, jednak ku jej wielkiej uldze nie przejawiał ochoty do nawiązania znajomości.

            Po pewnym czasie samotnego okupowania baru przekonała się, że nie interesuje nikogo, więc wycofała się z powrotem do swojego pokoju. Tym razem telewizja była jej jedynym towarzyszem wieczoru.

***

            – Wstawaj, ruszaj się, idziemy na wycieczkę! – To Olaf postanowił w ten bezceremonialny sposób zwlec ją z łóżka bladym świtem.

            – Jaką wycieczkę…? O tej porze…? Gdzie ty w ogóle byłeś…?

            – Za dużo pytań, za mało działania! Ruszaj się, ruszaj! Za dziesięć minut zbiórka na dole!

            Okazało się, że nie żartował. Pełen entuzjazmu zabrał ją na spacer zasypaną ścieżką pomiędzy zasypanymi drzewami w zasypanych górach. Mimo, że momentami brodzili po pas w śniegu, to Ula po jakimś czasie poczuła ten sam entuzjazm, który napędzał jej towarzysza. Gonili się, obrzucali śnieżkami i chowali się przed sobą w śniegu, tylko po to, by z okrzykiem dzikiej radości wyskoczyć w najmniej spodziewanym momencie i zasypać drugą stronę białym puchem. Zachowywali się i czuli jak małe dzieci wypuszczone samopas. Na takiej zabawie upłynął im prawie cały dzień. Kiedy już zdecydowali się wracać, to Olaf zaproponował, żeby zjedli wspólnie obiad u niego.

            Okazało się, że jest człowiekiem wielu talentów. Z kilku prostych składników wyczarował coś tak niezwykle dobrego, że dla samej możliwości konsumowania jego posiłków dziewczyna gotowa była zostać w mieścinie na stałe. Po obiedzie znów zasiedli na tej samej kanapie i pogrążyli się ponownie w rozmowie.

            Tym razem jednak działo się coś dziwnego. Mówili do siebie przyciszonymi głosami, patrząc sobie głęboko w oczy. Jakoś tak dziwnie się działo, że przestrzeń pomiędzy nimi zmniejszała się i zmniejszała. Sami do końca nie wiedzieli kiedy ich usta w końcu się spotkały, a dłonie zaplotły w uścisku tak silnym, jak gdyby czekały na niego całą wieczność.

Słowa umilkły, jednak czyny krzyczały wręcz ogłuszająco. Każdy kolejny ruch warg, każde poruszenie przyciśniętych do siebie ciał, każde przemieszczenie dłoni, które wyrwały się ze wspólnego uścisku ażeby zachłannie poznawać niezbadane tereny, wszystko to składało się na zmysłową melodię, w której nie było miejsca na fałszywe nuty.

Wkrótce nasycili się sobą w takiej postaci i niczym nieustraszeni zdobywcy nieznanych kontynentów ruszyli w podróż w nieznane. Zachwycali się każdym nowym widokiem i każdym nowym dotykiem. Kreślili mapy swoich ciał, lecz nie na lichym papierze a w substancji swoich serc, z których nikt nigdy nie będzie w mocy im ich wykraść.

Znaczyli więc pocałunkami kolejne podboje. On tryumfalnie objął we władanie szczyty jej piersi, zaraz po tym, jak ona uznała za swoje równiny jego brzucha. Kolejne terytoria padały łupem konkwistadorów gnanych obietnicą rozkosznego El Dorado. W końcu i ono przestało być tajemnicą.

Rozpoczął się zatem zwycięski taniec, pełen gwałtownej radości i wzniosłych okrzyków. Wszystkie te ruchy i wszystkie dźwięki łączyły się w jedną mistyczną pieśń ku czci nieustraszonych zdobywców świętujących wspólnie najwyższe nagrody będące zwieńczeniem ich wysiłków. W takt niewysłowionego crescendo dotarli do kresu najcudowniejszej z dróg, dla której chwilowym epilogiem były przyspieszone oddechy wraz z pełnymi niedowierzającego spełnienia westchnieniami.

Nie minęło wiele czasu, kiedy na powrót zapragnęli cieszyć się swoimi odkryciami. Tym razem spokojnie, z większą uwagą, zabrali się do zwiedzania terytoriów, po których przed chwilą przetoczyła się istna nawałnica zdarzeń. Teraz delikatnością i dokładnością starali się umocnić swe panowania tam, gdzie wcześniej w pośpiechu zatknęli tylko flagi.

Dlatego też teraz jego wargi pokrywały pocałunkami każde miejsce na jej dygocącym ciele. To dlatego jej dłonie wraz z ustami gorliwie pielęgnowały jego narzędzie podboju spragnione już kolejnych wyzwań. Z tego też powodu wpuściła go z językiem do samego źródła rozkoszy.

Jeszcze długo w noc radowali się sobą, uporczywie chcąc zapomnieć o przemijającym czasie.

***

            Rano zbudził ich klakson natarczywie wciskany przez kogoś przed domem. W pierwszej chwili zerwali się oboje, zupełnie zdezorientowani krajobrazem, jaki stworzyli w chwilach uniesień przeżywanych niekoniecznie tylko na kanapie przy kominku. Uśmiechnęli się do siebie, ale jakoś tak niepewnie. Olaf szybko się ubrał i wybiegł na zewnątrz sprawdzić o co chodzi.

            Ula również się ogarnęła i zrobiła to akurat na moment powrotu kochanka. Ten jednak wszedł do środka z dziwną miną, po której można się było spodziewać wszystkiego.

            – Pług. Właśnie do nas dotarł. Mój dostawca wysłał nim części do twojego auta…

            – Och…

***

            Ze łzami w oczach zostawiała za sobą to miasteczko i jego mieszkańca. Zmusiła go, by od razu wszystko zamontował, nawet bez śniadania. Kiedy on pracował, ona znosiła swoje rzeczy. Nie minęło południe, kiedy była gotowa do drogi. Ciągle łkała i czuła się jak pasażer we własnym ciele, który z perspektywy pierwszej osoby może tylko obserwować to, co robi ciało poddane czemuś zupełnie innemu. Chciała, żeby Olaf ją zatrzymał, przytulił i zabronił wyjeżdżać. Ten tylko stał jednak bezradnie nie wiedząc co się dzieje.

            Do głowy mu nawet nie przyszło, że ta, którą jeszcze kilka godzin temu trzymał w ramionach, w panice ucieka przed szczęściem.

Dla U.R. Wszystko będzie dobrze.

Kraków, grudzień 2014 – styczeń 2015

Reklamy

14 thoughts on “… (opowiadanie)

  1. Super, jest opcja: lubię, której tak brakuje na blogspocie, ale nie mogę polubić, bo nie mam konta na wordpressie.
    HAŃBA. Gdybym płaciła za internet, oburzyłabym się. :D

    Lubię to

    1. Szczerze mówiąc nie planowałem kontynuacji. Uważasz, że by się przydała? Brak tytułu to też jest jakiś tytuł ;)

      Lubię to

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s