Technik

Choć ten poranek nie różnił się niczym od niezliczonej ilości poprzednich, to jednak wstawał z łóżka w wyjątkowo dobrym nastroju. Nie przeszkadzało mu, że po jego opuszczeniu codziennie wykonuje te same czynności. Zazwyczaj nawet się nad nimi nie zastanawiał, ale dzisiaj sprawiały mu jakąś zagadkową przyjemność.

Z większą niż zwykle starannością ułożył pościel i nakrył ją kocem. Szybciej i dokładniej wykonywał wszystkie ćwiczenia gimnastyczne, dodając nawet po kilka powtórzeń ekstra. Bardziej ożywiony zameldował się pod prysznicem, pod którym śpiewał na cały głos do spółki z Bobem Marleyem. Przyrządził sobie ciekawsze śniadanie i skonsumował je z przyjemnością. Nawet zapach parzonej kawy sprawiał dziś intensywniejsze wrażenie.

Po wypełnieniu wszystkich porannych rytuałów skierował się do garderoby. Tam założył swój służbowy kombinezon i wyszedł z kwatery.

Dobry nastrój zaczął się ulatniać zaraz po trzaśnięciu drzwi wejściowych. Kiedy technik przeszedł ledwie parę kroków i zagłębił się nieco w oszczędnie oświetlony korytarz, po początkowym zapale do działania pozostało ledwie mgliste wspomnienie. Kolejny raz przekształcił się w ludzkiego robota, który ma do wykonania szereg zaplanowanych czynności i zna je już tak dobrze, że nie musi myśleć w czasie ich wykonywania.

Szedł więc korytarzem o stalowych ścianach, podłodze i suficie zupełnie nie zwracając uwagi na to, gdzie się kieruje. Wiedział, że po określonej ilości kroków skręci dokładnie w tą odnogę, w którą miał skręcić. Robił to już tak wiele razy, że doskonale również wiedział, ile lamp minie po drodze i co jest napisane na wszystkich drzwiach, które mijał. Mógłby przemierzyć całą trasę z zamkniętymi oczami i bez pudła trafiłby tam, gdzie potrzebował. Robił to już jednak tak często, że nawet tego typu eksperymenty straciły zupełnie na atrakcyjności.

W końcu dotarł do końca pierwszego etapu swojej codziennej wędrówki po skąpanych w sztucznym świetle energooszczędnych lamp, zagmatwanych korytarzach. Ów koniec stanowiły jedne z wielu drzwi rozmieszczonych na ścianach dość nierównomiernie. Wszystkie one były dokładnie takie same i sprawiały takie same wrażenie nieco onieśmielającej solidności. Różniły się tylko znajdującymi się na nich napisami, które jednak wykonano tą samą czcionką. Jak do tej pory tylko te, przed którymi stanął korytarzowy wędrowiec czymś się wyróżniały. Otóż znajdował się na nich napis składający się z większych liter, które w dodatku miały kolor czerwony. Głosił on „Centrum zarządzania. Nieupoważnionym wstęp surowo wzbroniony”.

Surowość tej wiadomości nijak nie zwróciła uwagi technika. Z tak samo obojętną miną wyjął z kieszeni kartę magnetyczną i przyłożył ją do terminalu. Rozległ się krótki świergot i drzwi same się otworzyły. Kiedy przestąpił próg, również światła zapaliły się automatycznie. Tuż po nich ożyła cała plejada monitorów wyświetlających najróżniejsze dane. Pokazywane treści były oznakowane różnymi kolorami, niektóre wskaźniki ciągle się zmieniały. Były też na bieżąco aktualizowane wykresy w najróżniejszych formach. Przy każdym monitorze z danymi znajdował się drugi, na którym wyświetlało się coś, co wyglądało na zapis z kamer przemysłowych, wyróżniało się jednak nieprzeciętną jakością przekazu, włączając w to kolory. Jako pierwsze przyciągnęły jego uwagę te ekrany, na których pewne elementy pulsowały rzucającą się w oczy barwą lub też migały intensywnie.

Wiedział, że to będzie jego lista dzisiejszych zadań. Każde takie migotanie sygnalizowało urządzenie, które w ciągu nocy zgłosiło systemowi jakąś anomalię. Po kolorze i intensywności można było wstępnie osądzić, które z tych raportów komputer uznał za priorytetowe. Przechodząc od pulpitu do pulpitu tworzył listę wszystkich miejsc, do których musiał dzisiaj zawitać. Nie była ona zbyt zaskakująca. Po takim czasie, jaki spędził w tym miejscu, wiedział już doskonale jaką żywotność mają które części i był w stanie całkiem dokładnie przewidzieć, co będzie wymagało naprawy w najbliższym czasie. Kiedy zgrał wszystko co potrzebne na swój przenośny komputer, wyszedł z Centrum i skierował się w stronę najdalszego miejsca potrzebującego jego obecności.

**

Godziny mijały w jednostajnym tempie odmierzanym kolejnymi przepisanymi linijkami kodu, wymienionymi częściami i wkręconymi śrubkami. Miał świadomość, że praktycznie każda z tych awarii potraktowana niedbale czy nieuważnie mogłaby się skończyć jego śmiercią, jednak zawsze starał się wyciszyć tę myśl w trakcie pracy. Kiedyś, na początku swojej bytności w tym miejscu, tego nie potrafił. Dopuszczał do siebie stres w zdecydowanie niezdrowych dawkach i dopiero wtedy naprawdę zaczynał być zagrożony. Trzęsące się myśli i chaotyczne dłonie kilka razy spowodowały, że faktycznie niezbyt dokładnie podszedł do konserwacji urządzeń. Wolał sobie nie przypominać, co wtedy przeżył.

Po ostatnim obrocie wkrętarki spojrzał na następną pozycję na liście i skrzywił się nieznacznie. Miał do sprawdzenia element systemu podtrzymywania życia znajdujący się na Promenadzie. Nienawidził tam przebywać i cały dzień bał się chwili, kiedy w końcu przyjdzie mu tam pójść. Nie miał jednak wyboru, więc spakował swoje rzeczy i ruszył w stronę windy.

Promenada wyróżniała się, nawet jak na standardy tego miejsca. Nie była kolejnym pomieszczeniem w jednym z wielu korytarzy. Technicznie była korytarzem właśnie, jednak o szerokości i długości większej od któregokolwiek innego odcinka. Nie to jednak stanowiło problem. Nie było nim również to, że aby się tam dostać, trzeba było użyć schodów, jako że projektanci z sobie tylko znanych powodów nie doprowadzili do niej żadnej windy. Powodem, dla którego najchętniej nigdy by tam nie chodził były ściany. Nie zwykłe, znajome, bezpieczne stalowe. Ściany promenady wykonano bowiem z przezroczystego tworzywa. Była jedynym pomieszczeniem, z którego dało się wyjrzeć na zewnątrz. A przynajmniej dałoby się, gdyby nie fakt, że na tej głębokości ocean był całkowicie czarnym miejscem.

Pracując na Promenadzie zgrzał się i spocił, chociaż naprawa nie wymagała wielkiego wysiłku. Starał się jak najszybciej z niej zniknąć, mają wrażenie, że całe te masy wody zaraz zwalą mu się na głowę. Albo jeszcze gorzej – coś na niego popatrzy z drugiej strony.

Mimo, że spędził tam raptem kilkanaście minut, to już do końca pracy nie potrafił opanować roztrzęsienia, jakie wywołał w nim ten krótki kontakt z nieprzyjaznym otoczeniem, w którym był zanurzony. Nie to, żeby stalowo-szare otoczenie reszty stacji napawało go optymistycznie, jednak przynajmniej stwarzało pewną iluzję bezpieczeństwa, którą mógł zagłuszać świadomość, że ciągle tkwi pod kilometrami wody.

Wybrał tę pracę, ponieważ nie potrafił zbyt dobrze odnaleźć się w życiu. Wykonywał wcześniej sporo różnorakich zawodów związanych z mechaniką i elektroniką, ale były dla niego właśnie tym – zawodami. Nigdy nie czuł się z nikim specjalnie mocno związany i chociaż doskwierała mu samotność to nie potrafił zmienić tego stanu rzeczy. Często marzył o jakimś zajęciu, które dałoby mu pretekst do zostawienia społeczeństwa i jego norm za sobą. Dlatego kiedy tylko dowiedział się o naborze na stanowisko technika w nowotworzonej, ultranowoczesnej stacji badawczej, to nie wahał się ani chwili. Ku swojemu zaskoczeniu pokonał wszystkich konkurentów i dostał to stanowisko. Z jakichś powodów wydawało się, że bardziej od jego znajomości nowoczesnej techniki interesuje rekruterów to, czy ma rodzinę. Po kilkumiesięcznym przeszkoleniu zjechał na dół w batyskafie i od tamtego czasu nie widział powierzchni.

Początkowo cieszył się jak małe dziecko swoją pozorną swobodą. Praca go stresowała, jednak brak jakiegokolwiek nadzoru pozwalał mu się z nią oswajać bez zewnętrznej presji. Oczywiście poza możliwością śmierci… Jakkolwiek by nie było, początkowy czas radości płynącej z odizolowanej samotności w końcu się skończył. Nie chciał się do tego przyznać nawet przed sobą samym, jednak ta świadomość nieubłaganie wsączała się do jego umysłu. Od jakiegoś roku funkcjonował z natarczywą myślą, każącą oczekiwać w każdej odczytanej wiadomości z góry informacji o tym, że zostaje odwołany na powierzchnię. W każdej jednak znajdowały się tylko suche dane do aktualizacji oraz czasami jakieś wieści o najważniejszych wydarzeniach. Mógł tylko klikać potwierdzenie otrzymania i przeczytania. Z jakichś powodów naukowcy odpowiedzialni za projekt uznali, że dwustronna komunikacja zaburzy wynik eksperymentu. Jego kontrakt był bezterminowy, więc nie pozostawało mu nic innego jak wyczekiwać zbawiennej informacji o powrocie do społecznego życia.

**

W końcu!

„Proszę oczekiwać na batyskaf, którym wróci pan na powierzchnię, jutro o godzinie 0800. Proszę o spakowanie wszystkich osobistych rzeczy i zabranie ich ze sobą.”

Te dwa suche zdania na końcu dzisiejszej wiadomości wywołały istną galopadę uczuć. Na niczym nie mógł się skupić, lecz tym razem nie z powodu stresu, a z podniecenia. Wieczorem wszystko dokładnie spakował i położył się wcześniej, lecz prawie całą noc nie mógł zasnąć. Na szczęście płynąca mu w żyłach adrenalina odsunęła rano zmęczenie. Czekał na batyskaf przy śluzie grubo przed ósmą. Ten zadokował jednak z iście naukową precyzją dokładnie o podanej godzinie.

Po raz pierwszy spoglądał przez „szybę” na głębię bez strachu. Z niecierpliwością wyglądał najlżejszego nawet rozjaśnienia i cieszył się prawie jak dziecko, kiedy był w stanie dojrzeć pierwsze morskie stworzenia.

**

Minęło pół roku.

Były technik szedł ulicą swojego miasta, jednak alkohol krążący mu w żyłach uniemożliwiał podjęcie jakiejkolwiek decyzji odnośnie tego, gdzie chce się udać. Krążył więc tak pozornie bez celu, aż zorientował się, że podświadomość zaprowadziła go pod wieżowiec, w którym wynajął mieszkanie po powrocie „z dołu”. Okazało się, że naukowcy byli całkiem hojni i oprócz regularnej pensji otrzymał na koniec również pokaźną premię. Te kilka lat samotności uczyniły go całkiem zamożnym człowiekiem. Miał jednak wrażenie, że jego odosobnienie się nie skończyło, a przybrało tylko inną formę.

Prawie wszyscy z tych kilku znajomych, których miał wcześniej albo się porozjeżdżali, albo tak się zmienili, że nie wiedział o czym ma z nimi rozmawiać. Nie to, żeby przed pobytem na stacji wiedział to dokładnie. Rodziny nie miał i przedtem, więc okazało się, że co do istoty jego sytuacji niewiele się zmieniło.

Próby nawiązania nowych znajomości jakoś nigdy się nie udawały, a kosztowały często niemało pieniędzy. Dlatego też teraz wjeżdżał windą na swoje wysokie piętro wiedząc, że przywitają go puste ściany, których jedyną ozdobą są ślady po sprzedanych meblach i wiszących na nich obrazach. Miał świadomość, że nic tutaj na niego nie czeka, jednak musiał wrócić wcześniej niż zwykle, ponieważ barman powiedział mu, że żadna z kart, którymi próbował zapłacić, nie działa .

Otworzył drzwi wejściowe i po przestąpieniu progu poczuł, jak nieoczekiwanie poprawia się jego samopoczucie, zwłaszcza kiedy usłyszał szczęknięcie zamka. Zaczął nucić pod nosem swoją ulubioną piosenkę Boba Marleya. Nie przeszkadzało mu już, że stukot obcasów o parkiet odbija się echem w pustych pomieszczeniach. Tanecznym krokiem wyszedł na balkon i nie zatrzymując się nawet, przeskoczył barierkę.

„Może teraz mnie zauważą.”

Reklamy

Skomentuj Tekst!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s